Afera pedofilska przy produkcjach dla TVP i Polsatu

Podczas realizacji muzycznych programów dziecięcych dla dwóch największych stacji telewizyjnych w Polsce przez wiele lat dochodziło do aktów pedofilii i molestowania dziewczynek – twierdzą po latach uczestniczki. Trudno oszacować liczbę ofiar, może być ich bardzo dużo.

Telewizje mają narzędzia, żeby skutecznie i rzetelnie wyjaśnić sprawę. Wtedy dowiemy się, czy ofiary mówią prawdę i czy jest ich więcej.

Ofiary twierdzą, że przypadki pedofilii miały miejsce przy realizacji programów "Tęczowy Music Box" (był emitowany w TVP) i "Co jest grane?" (emisja w Polsacie) oraz przy organizacji wielu koncertów i występów zespołu muzycznego "Tęcza". Dziewczynki miały być też gwałcone w siedzibie fundacji finansującej działania zespołu i wspierającej dzieci uzdolnione muzycznie, domu znanego artysty (gdzie miały być zamykane na noc w piwnicy), w samochodzie sprawcy oraz siedzibie jednego z najważniejszych polskich stowarzyszeń muzycznych.

"Słyszałam o tych zarzutach, ale nie przypuszczałam... trudno mi je zrozumieć. Dlaczego dzieci nie zgłaszały tego rodzicom? Nie miałam żadnych sygnałów. Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc" - usłyszałem od osoby zarządzającej fundacją.

 

Według moich informacji są co najmniej trzy ofiary. Dwie zdecydowały się zeznawać, trzecia odmawia, mimo moich usilnych próśb, by zgłosiła się do prokuratury. Skala może być znacznie większa, gdyż oskarżany artysta pracował z setkami dzieci. Jeśli więc kobiety oskarżające mężczyznę nie kłamią (a jest to niezwykle mało prawdopodobne), możemy mieć do czynienia z największą aferą pedofilską w środowisku artystycznym w Polsce. Dowody na winę sprawcy widziałem osobiście i moim zdaniem są niepodważalne, dodatkowo niezwykle wstrząsające. To nie tylko wyznania ofiar, ale też nagrania. Staram się zbadać całą sprawę, próbowałem namówić do tego innych dziennikarzy, ale niestety bez skutku.

Oskarżany to osoba bardzo znana w show-biznesie, muzyk dużej klasy, wpływowy i rozpoznawalny także na świecie. Ujawnienie jego nazwiska będzie szokiem dla całego środowiska oraz zatrudniających go stacji i instytucji. W części przypadków osoby dorosłe wiedziały, że „coś nie tak” było w relacjach ww. autorytetu z dziećmi, jednak na to nie reagowano. Próbuję ustalić, czy do telewizji zgłaszano doniesienia o molestowaniu, czy docierały sygnały o możliwych nadużyciach, czy władze stacji mogły jakoś na to zareagować.

Według wyznań ofiar, przestępca był wyjątkowo przebiegły i dobrze zorganizowany. Na swoje cele wybierał osamotnione i zagubione dziewczynki z niepełnych rodzin, zyskiwał zaufanie rodziców, osaczał dzieci i dopiero potem dopuszczał się czynów zabronionych, molestując dziewczynki przez wiele lat, a potem utrzymując nad nimi kontrolę, pomagając w karierze lub przekupując, żeby nie zgłaszały przestępstw.

Według moich informacji, od dłuższego czasu próbuje w panice przekonać ofiary do milczenia, oferując im nawet po kilkaset tysięcy złotych w zamian za podpisanie zobowiązań o poufności.

Wszystkie ofiary zostały potwornie skrzywdzone, przeżywają traumę i choć to nie one są winne, tak właśnie się czują. Jedna z nich została luksusową damą do towarzystwa, ma ogromne problemy psychologiczne. Zgłosiła się do mnie jako do ghostwritera, opowiadając swoją historię, ale absolutnie zabraniając ujawnienia personaliów jej, klientów czy omawianego pedofila.

Przez ponad rok próbowałem zainteresować tym tematem dziennikarzy i wydawców. Niestety z kolejnych wydawnictw odchodziłem z kwitkiem. Wszyscy radzili mi, żebym sobie odpuścił, żebym nie wkładał kija w mrowisko, bo sobie zaszkodzę. Nikt mi nie chciał pomóc.

Nie mogłem jednak tego tematu odpuścić. Uważam, że takie rzeczy trzeba nagłaśniać, żeby dać szansę innym potencjalnym ofiarom na zgłoszenie sprawy. Ofiary nie wiedząc o sobie, myślą, że są jedyne, czują się winne, nie zdają sobie sprawy z możliwej dużej skali zjawiska. Nie da się tego zbadać bez rzetelnego śledztwa i nagłośnienia sprawy. Dlatego spisałem tę historię w kilku wersjach, licząc na to, że inne ofiary pedofila się ujawnią. Tak powstała książka „Bejbi, historia dziewczyny klasy premium”, w której pierwsza część poświęcona jest molestowaniu bohaterki przez opiekuna-artystę zwanego Koneserem. Napisałem go tak, żeby żadna osoba postronna nie była w stanie rozpoznać sprawcy (celowo robiąc kilka przekłamań), ale żeby był rozpoznawalny dla ofiar. Liczyłem, że może dzięki temu odważą się opowiedzieć o przestępstwach, zgłoszą je do mnie lub prokuratury. Myślałem, że taki projekt zainteresuje wydawców, że zrozumieją jego społeczny wymiar. Niestety bardzo się pomyliłem. Książka miała zostać wydana wiosną przez duże wydawnictwo, ale w ostatniej chwili oficyna się wycofała twierdząc, że nie stać jej na ryzyko procesów.

Szukałem nowego wydawcy, w końcu udało się doprowadzić do publikacji, książka dostępna jest w księgarniach i mam nadzieję, że wywoła efekt zainteresowania procederem wykorzystywania kobiet przy negocjacjach biznesowych oraz pedofilii przy realizacji programów z dziećmi.

Temat jest bardzo trudny, bo bez zgody ofiar nie mogę ujawnić szczegółów. To jest podobna sytuacja, jaka miała miejsce przy sprawie molestowania w telewizji przez znanego prezentera. Trudniejsza, bo chodzi o dzieci oraz zdecydowanie bardziej drastyczna.

W trakcie prac nad tą książką zupełnie przypadkiem trafiłem na doniesienia o innych możliwych przestępstwach pedofilii wśród artystów, w tym o płaceniu ogromnych pieniędzy za milczenie, stąd nabrałem pewności, że nie mogę tego tak zostawić. Dziewczyny (i chłopcy), podejrzewam, że jest Was znacznie więcej. Zacznijcie o tym mówić, nie pozwólcie, by sprawcy czuli się bezkarni, dziś, po świetnej pracy Tomka Sekielskiego i jego „Tylko nie mów nikomu” da się wyjaśnić każdą taką sprawę. Zapewniam pełną anonimowość i bezpieczeństwo, jeśli zdecydujecie się ze mną porozmawiać. To nie wy jesteście winne tylko sprawca!

Nazywam się Mariusz Zielke i jestem autorem książek opartych na faktach, czasem piszę też książki dla innych jako ghostwriter. Stąd przychodzą do mnie różni ludzie i opowiadają swoje niezwykłe historie. Czasem trudno w nie uwierzyć, ale ja potrafię ocenić dowody i wiarygodność osób i akurat w tym przypadku mam 100-proc. pewności, że zarzuty w stosunku do pedofila są prawdziwe. Kładę na szali całą swoją reputację. Przez kilkanaście lat byłem dziennikarzem śledczym. Trzy razy nominowano mnie do Grand Press. Zdobyłem tę nagrodę w 2005 r. Nigdy nie musiałem prostować istotnych informacji i przepraszać za swoje teksty, a napisałem ich kilka tysięcy. To ja pierwszy pisałem o podejrzeniach wobec największego złapanego polskiego łapówkarza Andrzeja M. (złapanego po kilku latach od mojego pierwszego tekstu) oraz o zmowach funduszy emerytalnych i wyprowadzaniu ogromnych pieniędzy emerytów przez grupy przestępcze. Tekstów o ustawionych przetargach nie zliczycie. Za prawdziwe publikacje o Panu Marku Falencie wytoczono mi 5 procesów, wszystkie prawomocnie wygrałem. Wszystkie stawiane przeze mnie publicznie zarzuty się potwierdziły. Kiedy zatrudniająca mnie gazeta nie chciała już publikować moich tekstów, bo nie podobały się reklamodawcom, założyłem gazetę w internecie i doprowadziłem do jej nominowania do Grand Press. Niestety nikt nie chciał się reklamować w gazecie publikującej materiały śledcze o nieprawidłowościach władzy.

Moje książki próbowano blokować. W przypadku powieści „Dla niej wszystko” miałem przez rok zakaz sądowy publikacji i wypowiadania się na ten temat, potem sąd uchylił zakaz, sprawę o możliwość publikacji teoretycznie więc wygrałem (tyle że książki i tak nie mogę opublikować).

Obiecuję, że sprawę pedofilii też doprowadzę do końca i wyjaśnię. Nawet, jeśli wszyscy będą przeciw. Liczę na to, że po tym tekście ofiary się ze mną skontaktują. Być może są to dziś bardzo znane gwiazdy polskiej sceny muzycznej i filmowej.

Dlaczego nie publikuję nazwiska oskarżanego muzyka? Po części to wyjaśniłem: nie mam zgody ofiar. Ponadto, mimo mojej pewności co do niepodważalności dowodów, druga strona ma prawo do obrony, a ja zawsze dopuszczam możliwość spisku czy pomyłki, staram się rzetelnie wszystko wyjaśnić.

Rozmawiałem z żoną oskarżanego mężczyzny. Jest zszokowana całą aferą i przerażona. Obawia się, że te zarzuty ich oboje zabiją (to osoby wiekowe, muzyk jest ciężko chory). Broni męża, twierdząc, że padł ofiarą szantażu, a ofiara zmyśla (nie wie, że jest więcej ofiar, w tekście, który mam nadzieję opublikować niedługo – już z nazwiskami – wyjaśnię dlaczego, moim zdaniem, żona sprawcy się myli i to nie jest żaden szantaż i zmyślenia, tylko ujawnienie faktów).

Muszę mieć jednak absolutną pewność, że nikogo niesłusznie nie skrzywdzę. Liczę też na odzew dziś dorosłych osób, które w dzieciństwie być może padły ofiarą tego człowieka (a może chcą się za nim wstawić i zaświadczyć o niewinności, wszystkich, którzy chcieliby zabrać głos w tej sprawie, proszę o kontakt, zapewniam anonimowość i uczciwe podejście).

Wszystko opublikuję rzetelnie i jeśli się pomyliłem, przyznam się do błędu i przeproszę. To trudny temat, łatwo popełnić pomyłkę, która może mieć nieodwracalne skutki. Wciąż badam sprawę. Najtrudniejszą, z jaką się mierzyłem.

Telewizja Polska i Polsat otrzymały szczegółowe pytania w tej sprawie kilka dni temu. Do dziś nie mam odpowiedzi. Opublikuję je zaraz po uzyskaniu.

Ofiary i wszystkie osoby, które mogą pomóc w wyjaśnieniu sprawy proszę o kontakt na mariusz.zielke@gmail.com Podkreślam, że chętnie porozmawiam z osobami, które uważają, że sprawca jest niewinny. Nie zamierzam pisać artykułów pod ustaloną tezę. Są oskarżenia, trzeba je po prostu wyjaśnić. Jeśli to pomówienia, także powinny być napiętnowane publicznie. Nie wolno pozwalać na zamiatanie takich spraw pod dywan, udawać, że one nas nie dotyczą.

Mariusz Zielke

info: screeny przy artykule pochodzą z kanału Kultowe Programy TV


Kto się boi sprawy Krzysztofa Sadowskiego? Lista 40 ofiar!

Na liście ofiar działań znanego muzyka mam już ponad 40 osób. Ta
afera pedofilska jest zdecydowanie największym skandalem w historii
polskiego show-biznesu. Mimo to śledztwo było prowadzone skandalicznie
nieudolnie. Czy dlatego, że Sadowski występował na specjalnych
przyjęciach dla prokuratorów i sędziów? Czy chronią go służby? Czy
próbuje się tę sprawę przemilczeć do wyborów? Jakie znaczenie ma tu
wieloletnia współpraca Sadowskiego z Martyną Wojciechowską, zaufaną
prezesa Narodowego Banku Polskiego, o której głośno było, gdy ujawniono
poziom astronomicznych zarobków w tej instytucji? Równie ciekawe są
wątki polityczne i finansowe.

Gdyby afera Krzysztofa Sadowskiego wydarzyła się w Anglii lub USA,
śledczy błyskawicznie ustaliliby prawdę i doprowadzili do procesu, a
telewizje informowały o faktach na czerwonych paskach, bo jest o czym. U
nas media co prawda poinformowały o sprawie (z dużym opóźnieniem i
skupiając się na jednym wątku), ale interesują się nią zaskakująco mało
mimo jej wagi, wielowątkowości i skali. Jakim cudem poniższe ustalenia
musi ujawniać jakiś... bloger :)?

Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że ta megaafera jest niewygodna
dla obu stron politycznego sporu. Może wywrócić narracje przedwyborcze i
nie wiadomo w kogo jeszcze uderzy. A może rzeczywiście w Polsce działa lobby pedofilskie, które blokuje wyjaśnienie sprawy i zainteresowanie mediów?
Jestem daleki od snucia teorii spisku, jednak moje śledztwo rozrasta
się z dnia na dzień i dotyczy już wielu innych znanych postaci: aktorów,
reżyserów, innych muzyków, profesorów uniwersyteckich, artystów,
biznesmenów. Wszystko skrupulatnie sprawdzam; wnioski ujawnię w filmie,
który przygotowuję. Obiecuję, że będzie to wyjątkowo wstrząsający
materiał, całkowicie bezkompromisowy i bez żadnej taryfy ulgowej dla
sław i wpływowych osób.

Jeśli chcesz wspomóc produkcję filmu, zachęcam do udziału w zbiórce:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

https://paypal.me/pools/c/8hVeZEbuME

Służby wiedziały?

W przypadku Krzysztofa Sadowskiego są dwa istotne wątki, które cały czas badam: według wielu doniesień był chroniony przez służby specjalne co najmniej od lat 80. Jedna z ofiar (córka muzyka z zespołu Krzysztofa Komedy) wyznała, że Sadowski próbował ją molestować pod koniec lat 70. na działce znanego sportowca, medalisty olimpijskiego. Mimo że protestowała, sprawę zamieciono pod dywan, tak jak późniejsze gwałty na 14-letniej Justynie (imię zmienione) oraz oskarżenie z 1992 r. Trudno uwierzyć, by służby specjalne nie miały o tym wiedzy. Mam wiele informacji o występach Sadowskiego dla komunistycznych władz, w jednostkach milicji i wojska, choć „oficjalnie” krytykował „komunę”, występował też w kościołach. Muzyk wyjeżdżał bez trudu na wiele tourne zagranicznych zarówno do krajów komunistycznych, jak i na Zachód. To oczywiście jeszcze nie przesądza o niczym, ale w połączeniu z innymi faktami musi skłaniać do rozważań. W sierpniu zgłosił się do mnie informator, z którym korespondowałem przez kilka tygodni i który twierdził, że od prawie 40 lat zna Sadowskiego i jest w posiadaniu dokumentów świadczących o tym, że muzyk był chroniony przez SB. Informator znał wiele nieznanych publicznie faktów z życia Sadowskiego. Niestety nagle przestał się odzywać, nie przyszedł na spotkanie, nie odpowiada na maile. Próbuję ustalić, czy coś mu się stało, czy po prostu zmienił zdanie co do rozmowy ze mną.

Na jednym z wyjazdów w Syrii (prawdopodobnie w 1983 r.) Sadowski spotkał Bogdana Sitnickiego, także artysty grającego na organach Hammonda, który twierdzi, że został zadenuncjowany (uważa, że przez muzyka) władzom syryjskim jako izraelski szpieg.

- Oczywiście szpiegiem nie byłem. Próbowałem to potem wyjaśnić w MSW ale mi powiedziano, że mam się Sadowskim nie interesować, bo on jest pod ochroną i narobię sobie problemów. Występowałem z nim w Syrii, ja go tam zarekomendowałem do grania w hotelu w Damaszku. Zaprosił mnie na kolację i w jego pokoju, przy żonie, rzucił się na moją partnerkę. Odciągnąłem go od niej, a kila dni później mnie aresztowano, wsadzono do celi na sześć dni, torturowano, polewano wodą, wywieziono na pustynię i przykładano broń do głowy. Myślałem że to koniec, ale nie zabili mnie tylko odstawili na lotnisko i deportowali do Polski. Na lotnisku wtedy, w środku nocy czekał na mnie Krzysztof Sadowski blady z nienawiści. Patrzył na mnie w taki sposób, że byłem pewien, że jest w to wszystko zamieszany – opowiada Bogdan Sitnicki.

Mariusz Adamiak, legendarny animator, twórca festiwali jazzowych i szef klubu Akwarium, przez lata był w wielu sporach z Krzysztofem Sadowskim i innymi członkami zarządu Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego (PSJ).
- O zachowaniu Krzysztofa Sadowskiego w stosunku do młodych dziewczyn wiedziało całe środowisko. Przychodził z nimi do klubów, wszyscy o tym plotkowali, no ale nikt z tym nic nie robił. Jednak to tylko jeden z problemów, jakie Sadowski załatwił środowisku jazzowemu. On zniszczył stowarzyszenie, które kiedyś było jedną z najprężniejszych organizacji twórców w Polsce, z ogromnymi tradycjami. Równie ważne są wątki finansowe i jego zachowania lobbingowe – mówi Adamiak.

Wspomina, że musiał wiele razy reagować na „bezczelne” zachowania prezesa.

- Miał niebywały tupet. Na jednej z komisji, która decydowała o dofinansowaniu środowisk twórczych Sadowski nagle podszedł do mikrofonu i powiedział, że chciałby przedstawić wyniki głosowania, a tego głosowania wcale jeszcze nie było. Czyli ustalił sobie wyniki sam ze sobą i chciał je zaprotokołować. Gdyby mnie nie było na sali, pewnie nikt by nie zaoponował – wspomina Adamiak.

Najważniejsze: nie płacić

Krzysztof Sadowski był prezesem
PSJ przez 20 lat. W grudniu 2015 r. a potem w kwietniu 2016 r. nie
udzielono mu absolutorium i powołano nowy zarząd. Byłemu prezesowi
PSJ artyści zarzucili niejasności finansowe. Niektórzy mówią
wprost, że to są oszustwa i powinny zostać wyjaśnione przez
prokuraturę.

„Od grudnia 1995 roku PSJ-em
kieruje Krzysztof Sadowski oraz prawie niezmienny personalnie Zarząd,
który uczynił zeń zadłużone po uszy truchło, na którym obecnie
żeruje Fundacja Jazz Jamboree. (…) Polskie Stowarzyszenie Jazzowe
w chwili obecnej nie posiada żadnego majątku, ponieważ wszystko co
miało jakąkolwiek wartość zostało wyprzedane lub przekazane
Fundacji Jazz Jamboree – licencje Poljazz, udziały w wydawnictwie
Jazz Forum, znaki towarowe Akwarium. Nawet umowa wynajmu lokalu
biurowego przy ulicy Chmielnej, w którym PSJ rezyduje od roku 1997,
została w lipcu ubiegłego roku wypowiedziana, ponieważ zaległości
w opłatach sięgały już niemal 10.000 PLN. Dług co prawda pod
groźbą eksmisji został spłacony, ale Zarząd nie złożył
wniosku o odnowienie umowy. Sprawa jest tym bardziej bulwersująca,
że w tym samym lokalu zarejestrowano Fundację Jazz Jamboree, która
w ubiegłym roku otrzymała a właściwie przejęła od STOART-u
dotację w wysokości 60.000 PLN przeznaczoną na działalność PSJ.
Poza tym z w minionych latach lokal ten wynajmowany był osobom
trzecim na zasadach komercyjnych” - podano w sprawozdaniu z audytu
w kwietniu 2016 r.

Audytorzy postawili znacznie
więcej zarzutów. Twierdzili, że zarząd działał na szkodę
środowiska i organizacji, podejmował nieracjonalne decyzje
finansowe (m.in. unikanie rozwiązania sporu z wierzycielem, który
doprowadził do ogromnego zadłużenia; sprzedaż fonoteki w
niejasnych okolicznościach, doprowadzenie do utraty znaku Jazz
Jamboree), unikał płacenia zobowiązań, manipulował dotacjami, a
Fundacja Jazz Jamboree została powołana, by... uciec przed
wierzycielami i komornikiem.

„Komisja zjazdowa, mimo
kilkakrotnie ponawianych próśb nie otrzymała żadnych informacji
na temat zasad współpracy i przepływów finansowych. Komisji udało
się ustalić, że co najmniej od 2009 roku Fundacja otrzymuje idące
w setki tysięcy dotacje z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa
Narodowego, Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy, STOART-u oraz
prawdopodobnie z ZAIKS-u. Jest o tyle interesująca, że Fundacja
Jazz Jamboree, nie posiadając NIP-u, przez co najmniej dwa lata
posługiwała się numerem identyfikacyjnym podatnika, pod którym
figuruje PSJ. Urząd Skarbowy Warszawa Śródmieście nie wie o
istnieniu takiego podmiotu gospodarczego, co oznaczać może tylko
jedno: albo fundacja oszukuje Skarb Państwa, albo Zarząd i Komisja
Rewizyjna oszukali członków Stowarzyszenia, stwierdzając na Walnym
Zgromadzeniu w dniu 14 grudnia, że PSJ w okresie całej kadencji nie
prowadził żadnych operacji finansowych i dlatego nie składa
sprawozdań w Urzędzie Skarbowym.” - czytamy w sprawozdaniu z
audytu.

Audyt wywołał burzę w
środowisku, szczególnie, że ujawniono niejasności przy sprzedaży
praw do piosenek znanych wykonawców.

„Wydawnictwo (Poljazz) posiadało
w swoim katalogu prawie 350 tytułów, po których zostało jedynie
wspomnienie. Na spotkaniu 12 stycznia br. Zarząd wyjaśnił, że
większość z nich została rozkradziona, a prawa do nielicznych
tytułów jakie udało się uratować zostały sprzedane firmie MTJ,
jedynemu wydawcy zainteresowanemu muzyką jazzową. Mimo trudności
jakie robił prezes Sadowski Komisji udało się dotrzeć do umowy
jaką zawarł z firmą MTJ w roku 2000 oraz listy 100 tytułów jakie
wtedy sprzedał. Są wśród nich m.in.: Dżem, Maanam, Lady Pank,
Dezerter, Izrael, Elżbieta Mielczarek, John Porter. Nie trzeba być
specjalistą od fonografii, by stwierdzić, że ze sprzedaży
licencji do ich płyt można by spokojnie spłacić dług,
szczególnie, że wierzyciel był zainteresowany takim rozwiązaniem.”
- napisano w sprawozdaniu z audytu.

- Paradoks polega na tym, że w
Polsce z jazzem jest tylko lepiej, mamy więcej światowej sławy
muzyków, natomiast PSJ się od nich odsunął – podsumowywał na
zjeździe Piotr Rodowicz, wybrany na nowego prezesa.

- Raport komisji jest nierzetelny,
nie oparty na faktach, osoba, która go pisała nie miała dostępu
do dokumentacji prawidłowej, dużo rzeczy jest wyssanych z palca.
Przykrość największa jest taka, że ten raport został
opublikowany na Facebooku, jako audyt. Przez 20 lat nikt z nas nie
wziął nawet złotówki, wręcz przeciwnie, ja ryzykowałem swoje
prywatne pieniądze przez wiele lat kiedy PSJ nie miał żadnych
pieniędzy, żeby nawet zapłacić za lokal. Tak więc właściwie
ten raport, ten audyt przedstawia wszystko odwrotnie niż jest w
rzeczywistości – bronił się na zjeździe Krzysztof Sadowski.

Sąd sądem, a sprawiedliwość?

Podczas Walnego Zjazdu nastąpiła
też ciekawa sytuacja. Sadowskiemu
w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym (PSJ) od lat pomagali dwaj
prawnicy: Krzysztof Karpiński i Jerzy Stępień. Pierwszy był
prezesem Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Drugi sprawował przed laty
m.in. funkcję prezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz wiceministra
MSWiA.

-
Byli uważani za bliskich przyjaciół. Gdy doszło do sporu w
środowisku i muzycy próbowali wyrazić wotum nieufności wobec
Sadowskiego, pan Stępień tak policzył głosy przeciwko
przyjacielowi, że wstrzymujące się uznał za popierające tego
człowieka – mówi jeden z muzyków dodając, że wszystko zostało
zarejestrowane na filmie.

Rzeczywiście,
jest na youtube relacja z walnego PSJ sprzed czterech lat, na którym
dochodzi do głosowania nad nie udzieleniem absolutorium zarządowi
kierowanemu przez Sadowskiego.

„Za
nieudzieleniem opowiedziały się 34 osoby, przeciwko temu wnioskowi
było 22 i wstrzymało się od głosu 14. Czyli tak... 34 za
nieudzieleniem, a 36 w sumie głosujących przeciwko wnioskowi i
wstrzymujących się” - mówi na filmie Jerzy Stępień.

Skwitowano
to gromkim wybuchem śmiechu. Film można obejrzeć tu:
https://www.youtube.com/watch?v=iXCBbXvJ7BE

- Jeśli
znany prawnik i prezes Trybunału tak liczy głosy i próbuje
zawoalować fakty, to trzeba to jeszcze komentować? – pyta znany
muzyk.

Jerzy Stępień dziś jest
zaskoczony zarzutami w stosunku do Sadowskiego. Twierdzi, że choć
znają się długo, nigdy nie byli zbyt blisko.

- Jestem tak samo zszokowany –
mówi Jerzy Stępień.

Krzysztof Karpiński odmówił
rozmowy ze mną, nie życzy sobie kontaktów. Ten sędzia przez lata
grał w duecie z Krzysztofem Sadowskim. W 2005 r. razem wystąpili w
Teatrze Sabat przed sędziami i wieloma wpływowymi osobami.

„Pamiętam, że większą tremę
niż w Akwarium miałem jednak podczas występu w 2005 r. w
Warszawie, w Teatrze Sabat. Grałem w dwóch duetach z Krzysztofem
Sadowskim i Mieczysławem Mazurem, a na widowni byli prawie sami
prawnicy, dużo znajomych, w tym sędziowie Sądu Najwyższego,
Ministrowie Sprawiedliwości, którzy urzędowali w ciągu trzech lat
mojej pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości.” - wspominał
Krzysztof Karpiński na łamach kwartalnika KRS.

To wydarzenie zostało opisane w
„Gazecie Sądowej”.

„Słuchaczami byli zaproszeni na
tę okoliczność przedstawiciele prawniczego świata Warszawy z
ministrem sprawiedliwości Andrzejem Kalwasem na czele. Wśród
zebranych dostrzegłem również m.in. podsekretarzy stanu Sylwestra
M. Królaka i Tadeusza Wołka, profesora Adama Zielińskiego,
siedzącego w towarzystwie dyrektora departamentu nad wykonywaniem
orzeczeń, sędzi Ewy Waszkiewicz i sędziego SA Marka
Czecharowskiego. Zauważyłem również liczne grono sędziów i to
zarówno tych z Sądu Najwyższego, jak również apelacji
warszawskiej i Sądu Okręgowego.” - relacjonował Krzysztof
Bachorzewski w „Gazecie Sądowej”.

Wcześniej, w 2002 r., Karpiński
i Sadowski wyjechali z prawnikami do Zakopanego na „Warsztaty
Artystyczne Młodzieży Prawniczej”. Jak odnotował Krzysztof
Bachorzewski w „Gazecie Sądowej” Krzysztof Sadowski wystąpił
tam z kuzynką Małgorzatą Kaczkiełło.

„Wielu
słuchaczy jednak uchwyciło znakomitą biegłość palców, jak i
swobodę swingowego stylu obu panów Krzysztofów i wynagrodziło ich
grę aplauzem. Każdego dnia do późnych godzin nocnych trwał
jam-session, w którym brali udział wszyscy uczestnicy warsztatów.”
- relacjonował reporter „Gazety Sądowej”.

Tajemnice NBP

Prawdziwa bomba wyborcza tkwi
jednak w Narodowym Banku Polskim (NBP). Zaufaną podwładną prezesa
Adama Glapińskiego jest tam Martyna Wojciechowska, szefowa
departamentu komunikacji i promocji, najlepiej zarabiający dyrektor
w NBP. Cała Polska usłyszała o pani Martynie, gdy jej horrendalne
zarobki ujawniła „Gazeta Wyborcza” (twierdziła, że dyrektorka
zarabiała 65 tys. miesięcznie wraz z premiami). Okazuje się, że
pani Martyna ma także pasje jazzowe. Od wielu lat (od 2007 r.) jest
dyrektorką w Fundacji Jazz Jamboree, gdzie zasiada właśnie z
Krzysztofem Sadowskim. W środowisku mówi się o ich wielkiej,
wieloletniej przyjaźni. Dziś, wobec wątpliwości finansowych w PSJ
może to być bardzo kłopotliwe politycznie.

Jeden z internautów znalazł w
sieci skan z „Gazety Jarocińskiej”, w której widnieje
informacja, że Krzysztof Sadowski był gorącym sympatykiem talentu
wokalnego siostry Martyny – Darii Wojciechowskiej (dziś Darii
Wojciechowskiej-Bujno). Pani Daria była w latach 90-tych
utalentowaną piosenkarką, wróżono jej dużą karierę,
występowała na wielu festiwalach i warsztatach. Gdy w październiku
2016 r. szefem Komisji Nadzoru Finansowego został Marek Chrzanowski
(osoba, którą popierał Adam Glapiński), Daria Wojciechowska-Bujno
została wiceszefową gabinetu prezesa.

„Daria Wojciechowska-Bujno
objęła posadę 14 października, czyli dzień po przejęciu Komisji
przez Marka Chrzanowskiego, powołanego przez premier Beatę Szydło.
Pracę dostała bez konkursu, który w tym przypadku nie był
wymagany (regulacje dotyczące służby cywilnej nie obejmują
gabinetu KNF)” - podawał w 2016 r. „Newsweek”.

Po aferze z zarobkami siostry
pełno było w sieci kpin, że przedszkolanka (Pani Daria pracowała
wcześniej w przedszkolu, potem w gabinecie posłanki Gosiewskiej i
gabinecie politycznym szefowej MEN) zrobiła karierę w
najważniejszej instytucji nadzoru finansowego w Polsce (niestety
równie skompromitowanej). Być może to wszystko nie byłoby
„dmuchane” przez media, gdyby nie fakt, że prezesa KNF nagrał
podczas składania absolutnie niedopuszczalnych propozycji bankier
Leszek Czarnecki, borykający się z wielkimi problemami w swoich
firmach. Te ostatnie wątki postaram się również dokładnie zbadać
i wyniki opublikować w oddzielnym materiale.

Martyna Wojciechowska, nie
odbierała telefonów ode mnie, nie oddzwoniła, nie zareagowała na
sms (próbowałem na 2 numery dzwonić). Pani Daria przebywa według
moich informacji na urlopie macierzyńskim. Miała wyłączony
telefon, gdy próbowałem dzwonić. Oczywiście w każdej chwili
zamieszczę ich komentarz, chętnie też wysłucham wyjaśnień,
jeśli panie Wojciechowskie zechcą ich udzielić.

Lista „domniemanych” ofiar
i świadków działań Krzysztofa Sadowskiego*

*niektóre osoby nie czują się
ofiarami, większość osób zgodzi się zeznawać w sądzie, ale nie
wszystkie, stąd w nielicznych przypadkach nie mogę być pewien, czy
mówią prawdę; daty zdarzeń przybliżone, prawie wszystkie imiona
zmienione

1. M. - córka brata męża
siostry Krzysztofa – gdy miała 13 lat wręczył jej powieść
„Pamiętniki Fanny Hill” mówiąc, żeby dowiedziała się, jak
to jest być kobietą, a potem mogą o tym porozmawiać; początek
lat 70.

2. „Wisienka” - miała 15 lat,
gdy ją „uwiódł”, utrzymywali stosunki przez 2 lata; początek
lat 70.

3. Dziewczyna z Poznania - 15 lat,
„romans” trwał kilkanaście miesięcy; koniec lat 60.

4. Córka dyplomaty - 15 lat; brak
informacji, co dokładnie się zdarzyło; początek lat 70.

5. Córka muzyka z zespołu Komedy
- 15 lat; napastowanie seksualne na działce pod Warszawą; koniec
lat 70.

6. Piotr z kościoła - ok. 12
lat; jeden przypadek molestowania (masturbowanie) w nocy; początek
lat 80.

7. Marek chrześniak - syn
bliskiej przyjaciółki – ok. 12 lat, 2 lata molestowania,
wielokrotne masturbowanie w wielu miejscach (samochód, na
wakacjach); początek lat 80.

8. Justyna, dziewczyna z domu
dziecka – 14 lat; molestowanie i wielokrotne gwałty przez 4 lata;
połowa lat 80.

9. Ewa, dziewczyna z „Tęczy”
- 10 lat; wkładanie ręki w miejsca intymne, po doniesieniu jej mamy
była pierwsza sprawa na policji; 1992 r.

10. Kasia, dziewczyna z „Tęczy”
- 10 lat; uczestniczka tego samego wyjazdu co Ewa, wkładanie ręki w
miejsca intymne; 1992 r.

11. Dziewczynka z warsztatów w
Margoninie – ok. 11-12 lat; łapanie za pierś, po zdarzeniu
przydzielono Sadowskiemu „ochroniarza” do pilnowania; początek
lat 90.

12. Monika, piosenkarka/aktorka –
11-12 lat; gwałt, wielokrotne stosunki; początek lat 90.

13. Iza, uczennica muzyka – 11
lat; gwałt, wielokrotne stosunki; lata 90.

14. Basia, prowadząca program
telewizyjny; 12 lat; gwałt, wielokrotne stosunki; koniec lat 90.

15. Marta, prowadząca program
telewizyjny; 12 lat; gwałt, wielokrotne molestowanie; koniec lat 90.

16. Asia, prowadząca fanklub;
14-15 lat; „łaskotanie” w samochodzie; lata 90.

17. Olga, córka
artysty-przyjaciela Sadowskiego; 15-16 lat; gwałt, wielokrotne
molestowanie; koniec lat 90./początek 2000.

18. Ela, dziewczyna do
towarzystwa, uczestniczka warsztatów w Puławach; 15 lat, wiele
relacji o niestosownych zachowaniach wobec niej, spaniu w pokoju pana
Sadowskiego; koniec lat 90.

19. Renata, córka bliskich
znajomych; 13 lat; dotykanie i niestosowna propozycja seksu za
pieniądze; lata 90.

20. Zosia – 15 lat, piosenkarka;
niestosowne wypowiedzi i zachowania, 2003 r.

21. Anna – uczennica, 11 lat,
przychodził w nocy do pokoju, wkładał jej ręce pod kołdrę,
łapiąc za różne miejsca i posuwając się coraz dalej; według
niej robił to samo z wieloma dziewczynkami (ofiar takich działań
może być bardzo dużo), lata 90.

22. Marta – uczestniczka
warsztatów, piosenkarka; wkładał ręce gdzie nie trzeba, dostał
po łapach, przestał; lata 90.

23. Iza – 12-13 lat, córka
muzyka, uczestniczka warsztatów; wkładał ręce pod kołdrę,
przestał po proteście, przeniósł się do koleżanki obok,
doprowadził ją do płaczu; lata 90.

24. Milena – 18 lat, uczennica;
„zdecydowanie za wiele sobie pozwalał”

25. Lidka – poniżej 18 lat;
„napastował, próbował na siłę wejść do jej mieszkania”

26. Jola, poprosił ją o „pierś”
i dał „Sztukę kochania”; zaprosił na nocną lekcję i wyszedł
do niej w szlafroku; 1996-1998

27. Marta, córka lokalnego
polityka, uczestniczka warsztatów w Iławie; uciekła z pokoju
Sadowskiego przez okno;

28. Iza, córka znanego muzyka,
niespełna 15 lat; „dotykana” po pupie na warsztatach w Puławach;
2017

29. Magda, uczestniczka warsztatów
w Puławach; 15 lat; płakała po wizycie w pokoju Sadowskiego, ok.
2013

30. Jagoda, uczestniczka
warsztatów w Puławach; 20 lat; molestowanie, propozycja wizyty w
pokoju, 2017

31. M., uczestniczka festiwalu w
Iławie; nastolatka; ona i jej 3 koleżanki były sadzane na kolanach
i pan Sadowski wkładał im rękę pod bluzkę; koniec lat 90.

32. Barbara, piosenkarka; 17 lat;
„wyłowiona” na festiwalu, w którym był w jury, chciał pomóc
w karierze, „dobierał” się do niej w samochodzie;

33.
E., wolontariuszka na warsztatach muzycznych; zapytał „cz­y
chcesz zobaczyć mojego robaczka”; 2000 r.

34. J., uczennica; „raz czy dwa
położył mi łapę nie tam gdzie trzeba, ale chyba wyczuł, że nie
posunie się dalej”, potem odsunął ją od zespołu, sprawił, że
czuła się winna; zrobił krzywdę jej przyjaciółkom; koniec lat
90.

35. K., uczennica; „jego
zachowanie wobec mnie, małej dziewczynki było bardzo niestosowne”;

36. M., uczennica; „gdy grałam
na pianinie, włożył mi rękę pod bluzkę, zanim dotarł do
piersi, ktoś wszedł i wyjął ją; nigdy więcej tego nie
powtórzył”;

37. I., dziewczynka; „pocałował
mnie w miejsce intymne, odwróciłam się, odszedł; nigdy więcej
nie próbował”;

38. M., dziewczynka z „Tęczy”
10-13 lat; „nie zostałam zgwałcona, ale byłam obmacywana; robił
to wręcz oficjalnie, patrzył na co może sobie pozwolić, wybierał
dzieci, które nie miały komu się poskarżyć”; lata 90.

39. A., uczestniczka warsztatów w
Iławie; 14 lat; nie czuje się ofiarą, zaczepiana i namawiana na
wyjazd do Puław; lata 90.

40. A.; uczestniczka warsztatów w
Margoninie; 11 lat; nie została skrzywdzona, razem z 13latką
została zaproszona na wywiad nad jeziorem, czuła się dziwnie,
wszyscy ostrzegali przed Sadowskim, robił im zdjęcia,
interweniowała opiekunka zabierając dziewczynki na teren obozu;

41. X – wstrząsająca historia,
ale obiecałem nic o niej nie pisać

42. Wiem o kilku innych ofiarach,
które nie zgodziły się ze mną rozmawiać, przynajmniej na razie.

Niestety wciąż pojawiają się nowe doniesienia...

Krzysztof Sadowski nie rozmawia obecnie z mediami. Nikomu nie udało się
uzyskać od niego rozmowy na temat zarzutów pedofilii. Wydał jedynie
oświadczenie. Publikuję je bez zmian.

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

„W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych „Tęczowy Music Box” i „co jest grane?” oraz podopiecznymi fundacji „Tęcza”, stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie pojawiające się na mój temat „rewelacje” oparte są na pomówieniach jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić. Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety, w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi czynów nie jest mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok –nie zostałem w nim przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej jako podejrzany. O toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że została w nim przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też wyraźnie podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów nikt nie podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak wygląda cała historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w podeszłym wieku i złym stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie oszczerstwa dodatkowo ten stan pogarszają, podważając mój dorobek zawodowy i artystyczny oraz godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim jednak sprawa ta odbija się fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją żonę i córkę. Staliśmy się obiektem bezpośrednich ataków ze strony obcych nam osób, godzących w naszą prywatność i poczucie bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej sprawie oceniam jako skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu sensacji posunęły się one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły do ataku na całą moją rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę zarówno do mediów, które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które dopiero planują dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego szkalowania mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do tego procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z organami ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia swojego imienia i dorobku.”

Mariusz Zielke

Teksty publikuję za darmo, będą zawsze dla wszystkich dostępne. Jeśli chcesz wspomóc moje działania dziennikarskie, możesz wpłacić dobrowolną darowiznę na konto:
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171


„Sztuka Kochania”według „Dziadzi”

Poszłam do niego do pokoju na słynne nocne lekcje. Wyszedł do łazienki, wrócił w szlafroku. Gdy zaprotestowałam, powiedział, że idę w złym kierunku i wręczył mi książkę „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej – opowiada Jola, której wróżono dużą karierę. Wcześniej, gdy miała 14 lat, Sadowski zażądał urodzinowego prezentu: piersi. „Co będzie pan z nią robił?” - zapytała Jola. Odpowiedział: „Będę ją całował i pieścił, będzie moja na zawsze”. Inną dziewczynkę miał zapytać: „Chcesz zobaczyć mojego robaczka?” Jola poprosiła kolegów muzyków, żeby „coś zrobili”. W 1998 r. na koncercie finałowym warsztatów w Puławach w „Domu Chemika” wielu muzyków wstało z miejsc i krzyknęło: „Zostaw dzieci!!!”. To nie był pojedynczy głos z sali! Jakim cudem ukryto ten fakt medialnie i prawnie, i pozwolono działać bezkarnie pedofilowi jeszcze przez 20 lat? Jakim cudem przyjeżdżał on potem na te same warsztaty i nikt nie reagował? Jakim cudem występował na uroczystościach dla sędziów i prokuratorów? Jakim cudem ściskał dłoń prezydentów Polski?

Mówimy o
człowieku, który był wieloletnim prezesem Polskiego Stowarzyszenia
Jazzowego, współtwórcą programów telewizyjnych, zasiadał w jury
wielu festiwali muzycznych, był niezwykle wpływowym przyjacielem
artystów, reżyserów, polityków, biznesmenów, sędziów...

W każdym
normalnym kraju po wybuchu afery tej rangi i skali prokuratura
błyskawicznie zabezpieczyłaby dowody i przeprowadziła skuteczne
śledztwo, organizacje feministyczne objęłyby postępowanie
specjalnym nadzorem, wsparły skrzywdzone kobiety i dziennikarzy
dążących do prawdy, politycy żądaliby rozliczeń, a media
informowały non stop o postępach śledztwa i o nowych doniesieniach
na czerwonych paskach. Skutkowałoby to ruchem takim jak #meeto, bo
Sadowski nie jest jedynym artystą o lepkich łapach.

W Polsce
jest jak zwykle – inaczej, niestety. Media informują dość
wstrzemięźliwie, oskarżany przez wiele miesięcy nie został nawet
przesłuchany (!), a większość czeka, aż w końcu wszelkie brudy
skutecznie zostaną zamiecione pod dywan jak w przypadku słynnej,
ale kompletnie wygaszonej afery Dworca Centralnego. No i kiedy w
końcu pozwą tego głupiego dziennikarza, który ujawnił aferę!

Jedni w
duchu liczą, że „dziadek” uwodził tylko nastolatki, a wtedy w
ogóle nie ma problemu (na zasadzie: same sobie winne, skoro chciały
robić karierę).

Inni wciąż
oszukują się, że nawet jeśli były młodsze, to może tylko je
sobie „macał” („Niech sobie Krzysio pomaca te swoje
dziewczynki” padło rzekomo z ust znanego autorytetu). W końcu to
nic złego? Czego tu się w ogóle czepiać? Co najwyżej można
pożartować (w środowisku chodził taki obrzydliwy żart o tym
jazzmanie, że jego największym przebojem jest piosenka o tytule:
„Chodź maleńka, chodź do dziadzi, dziadzia cię na konia
wsadzi”).

Znajomi
Sadowskiego oczywiście udają, że nic nie wiedzieli (niektórzy
słyszeli jedynie i widzieli „coś tam”, nie myśleli, „że to
aż tak”), całą sprawą się brzydzą, uważają za ohydną,
nieliczni przejmują się i współczują, no ale w ogóle to
porozmawiajmy o klimacie i globalnym ociepleniu.

Cóż,
suche fakty są następujące:

-
Krzysztof Sadowski od wczesnych lat 70-tych molestował i
„rozdziewiczał” nastolatki;

- potem w
latach 80-tych molestował co najmniej dwóch chłopców (Piotra i
Marka, w wieku około 12 lat);

- przez
cztery lata gwałcił Justynę, którą znalazł w domu dziecka
(miała 14 lat, gdy zaczął);

- w latach
90. molestował niemal oficjalnie nawet 10-latki (co najmniej 2
relacje takich dziewczynek, mówią że wielu dzieciom wkładał rękę
pod bluzkę i w majtki; to rzekomo była norma zachowań na
wycieczkach i wakacyjnych wyjazdach oraz warsztatach);

- także w
latach 90. gwałcił co najmniej 5 dziewczynek w wieku od 11 do 14
lat;

- w 2017
r. (mając 81 lat) molestował 20-letnią Jagodę (córkę
przyjaciółki), skutecznie zniechęcając ją do muzyki i „macał
po pupie” 15-letnią Izę (córkę znanego jazzmana, innego
wykładowcy z Puław);

Kilka lat
wcześniej doprowadził „czymś” do płaczu po sesji w pokoju
inną piętnastolatkę (efekt: dziewczyna zrezygnowała z muzyki,
dziś jest poza środowiskiem).

Doniesień
o tym, że coś próbował, sugerował, proponował, zachęcał,
kładł rękę na kolano, przychodził w nocy i głaskał lub
„straszył”, żeby włożyć łapę pod kołdrę, doprowadzał
dzieci do płaczu tym swoim „macaniem”, trzeba mu było dać po
łapach, zachowywał się niestosownie... trudno zliczyć.

W głowie
się nie mieści, że tyle osób o tym wiedziało, a nawet było tego
świadkiem i prawie nikt skutecznie nie reagował!

Nie
oszczędzał przy tym rodziny i dzieci znajomych. Wśród
poszkodowanych są znane osoby oraz bliscy. Jednym z molestowanych
jest chrześniak, z którym pan Sadowski utrzymywał niezwykle zażyłe
kontakty i który uważał go niemal za ojca. Jest córka osoby
bliskiej panu Sadowskiemu, której ten proponował seks za pieniądze,
gdy miała 13-14 lat (on miał ponad 60.). Jest ktoś równie bliski,
którego relacji jeszcze nie ujawniłem (namawiam tę osobę do zgody
na publikację). Czy naprawdę powinienem pisząc o tym wszystkim
używać słów „rzekomo”, „jak twierdzą”, „domniemane”?
Czy te wszystkie osoby mogły to zmyślić, się zmówić, żeby
wrobić biednego „Krzysia”, o którego upodobaniach szeptało od
dawna całe środowisko muzyczne? Którego zachowania na warsztatach
i w klubach budziły powszechne zażenowanie i czasem
groteskowo-przerażające sytuacje, ale nikt za bardzo nie wiedział,
co z tym dalej zrobić (poza kilkoma groźbami obicia po pysku)?

Żadna z
oskarżających osób nie chce od sprawcy grosza. Chcą tylko zdania:
„to prawda, skrzywdziłem was, przepraszam”.Pan
Krzysztof jednak wciąż utrzymuje, że to pomówienia „jednej
chorej psychicznie osoby”.

Pożądana
niewinność

Jola
pracuje dziś w wielkiej korporacji. Przed laty wróżono jej dużą
karierę muzyczną, wysoko oceniano na konkursach, wygrywała wiele
festiwali muzycznych. Na jednym z nich poznała szefa Polskiego
Stowarzyszenia Jazzowego.

- Miałam dwanaście lat. Wygrałam festiwal, w jury siedział Krzysztof Sadowski i był dla mnie guru, musiałam go poznać, byłam zafascynowana jego córką. Spotkaliśmy się za kulisami, on mi powiedział: twoje śpiewanie jest wyjątkowe i zaprosił do współpracy. Tak to się zaczęło - opowiada Jola.

Przez
prawie dwa lata pan Krzysztof przygotowywał Jolę do tego, co miało
nadejść. Zyskiwał jej zaufanie i przyjaźń. Nagradzał, dawał
prezenty, płyty, stwarzał atmosferę, w której czuła się
wyjątkowo doceniana, obiecywał karierę, wprowadzał w świat
mediów (występy w „Co jest grane” w Polsacie i „Ziarnie” w
TVP), skomponował dla niej piosenkę i nagrał z nią teledysk. Jola
przyjeżdżała ze swojego miasta do domu Sadowskiego, nocowała tam,
uczyła się, stawała częścią wielkiej artystycznej rodziny.
Zachęcała też do przyjazdu inne dziewczynki ze szkoły muzycznej,
w której się uczyła.

- Efekt był taki, że całe autobusy dzieci jeździły do Warszawy. Początkowo niczego złego nie dostrzegałam, nie miałam żadnych ostrzeżeń, że coś może być nie tak. Dopiero dużo później natrafiłam na sytuację, że jedna z dziewczynek wyszła z płaczem z pokoju pana Krzysztofa, ale on tłumaczył, że to z powodu tego, że na nią nakrzyczał za błędy w śpiewaniu. Poprosił, bym jej więcej nie przywoziła ze sobą. Spałam często w domu na Raniuszka, w tym w słynnej piwnicy. Liliana zamykała nas tam na klucz, było to może dziwne, ale się tym nie przejmowałam. Piwnica była zamieniona na studio, było tam dużo ciekawych rzeczy, więc mi się to podobało, fascynowało mnie. Można było poszperać po zakamarkach, znaleźć zdjęcia i oryginalne kasety Milesa Davisa, a także intymne listy, m.in. od wspaniałego człowieka, Jurka Czuraja, do Marysi. To wszystko było jak z baśni pełnej tajemnic. Czułam się na Raniuszka dobrze, bardzo im wszystkim ufałam, choć nienawidziłam pokoju pana Krzysztofa, bo kazał mi się tam kłaść na łóżko, a ja nie rozumiałam, po co. Mówił: „Posłuchamy muzyki”, a ja pytałam: „A pan też będzie leżał?” Odpowiadał: „Nie, ja posiedzę.” Ale nic mi nie robił. Pewnego dnia zaproponował, że chce być jak mój tata, a ja odparłam: „Ale ja mam tatę” - mówi Jola.

Uważa, że
już wtedy próbował dojścia do niej, jednak postępował z dużym
wyczuciem i ostrożnością, wówczas tych działań tak nie
interpretowała, nie rozumiała ich. Sadowski powoli zdobywał
zaufanie. Wydzwaniał do dziewczynki, prowadził z nią długie
rozmowy. Przyjeżdżał do jej domu, nocował tam.

- Próbował być ze mną sam na sam, zapraszał na spacery, ale wtedy moja mama się wtrącała i zawsze chciała nam towarzyszyć. Nadal byłam małą dziewczynką i mama mnie pilnowała, nie miał dostępu i myślę, że to mnie uratowało. Moja mama bardzo dużo ze mną rozmawiała, tłumaczyła, przez co byłam ostrożna, a dodatkowo pyskata. Gdy już miałam pierwsze symptomy, że coś może jest nie tak i miałam przyjechać do domu na Raniuszka, pytałam pana Krzysztofa, czy będzie Marysia, bo wtedy czułam się w tym domu bezpiecznie, wiedziałam, że przy niej nic mi się nie może stać. A jak nie było Marysi, to bardzo mocno trzymałam się z panią Ireną, która tam była gosposią i mam wrażenie, że ona mnie ostrzegała, starała się pilnować przed panem Krzysztofem – relacjonuje moja rozmówczyni. Inna kobieta, której proponował seks za pieniądze powiedziała mi, że pani Irena też ją chroniła, sugerowała, że nie powinna być z Krzysztofem sam na sam.

Bezcenna
pierś

Po dwóch
latach znajomości Krzysztof Sadowski uznał, że nadszedł czas na
rewanż.

- Latem 1996 r. powiedział do mnie: „Znamy się tak długo i jak przyjdzie grudzień, to chciałbym dostać od ciebie na urodziny coś wyjątkowego”. Zapytałam, co to ma być. Odparł: „Chciałbym, żebyś podarowała mi swoją pierś”. „A co pan będzie robił z moją piersią?” - zapytałam. „Będę ją całował, pieścił, będzie moja na zawsze” - usłyszałam. Miałam 14 lat. Nigdy mojej piersi nie dostał. Ale ja wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi, że coś niedobrego się dzieje i zaczęłam się temu przyglądać uważnie – opowiada Jola.

Nie było
jej łatwo się z tym oswoić, bo prawda oznaczała koniec marzeń i
szans na muzyczną karierę. Gdyby powiedziała o zachowaniu pana
Krzysztofa mamie, ta z pewnością zabroniłaby jej przyjeżdżać do
Warszawy.

- To była trudna sytuacja, bo ja tych ludzi kochałam, nie chciałam ich stracić, czułam jednocześnie, że jeśli nie dam mu tej nagrody, to coś mi ucieknie, coś się zamknie, bardzo się tego bałam. Przyszedł któregoś razu jak spałam w domu, wszedł i powiedział: „pamiętaj, nadchodzi grudzień, pierś jest moja”. To było straszne – mówi kobieta.

Grudzień
minął, piersi nie dostał, Jola nauczyła się unikać sytuacji, w
których mogłaby być zagrożona, pan Krzysztof nie naciskał, miał
wiele innych ofiar. Tymczasem rezolutna nastolatka zaczęła wręcz
prowadzić swoje prywatne śledztwo, przyglądając się działaniom
Sadowskiego wobec innych dziewczynek.

- On cały czas mi mówił, że jestem wyjątkowa, wspaniała, a ja pewnego dnia w jego pokoju w bursie, który był obok naszego pokoju, znalazłam album ze zdjęciami wielu dziewczynek. Nie było zdjęć zdrożnych. Ale było mnóstwo zdjęć dziewczynek leżących w jego pokoju na łóżku i to mnie mocno wtedy uderzyło. Mam wrażenie, że jego kręciła ta niewinność i to, że nad nimi panuje i coś im daje. Zaczęłam przyglądać się innym dziewczynkom przyjeżdżającym do domu i na warsztaty do grupy keyboardzistów, jedynej nieletniej na warsztatach w Puławach. Wniosek był taki, że wszystkie dziewczyny były bardzo ładne, a pan Krzysztof zaprasza je na nocne lekcje, o których już krążyły legendy tak samo jak o tym, że w pokoju pana Krzysztofa sypiają dziewczynki. Była wśród uczennic na przykład miss nastolatek i była taka piękna dziewczyna – Basia. I ta Basia nocowała z panem Krzysztofem w pokoju. Pamiętam, że próbowałam ją stamtąd wyciągnąć. Mówiłam: „Chodź do nas do pokoju, my robimy śmieszne rzeczy, zobaczysz, że u nas jest fajnie. Co ty robisz u tego starego pryka”. Ona jednak była od niego uzależniona. Przez takie działania on mnie miał za wywrotowca, który buntuje przeciwko niemu całą grupę. A o tym, że dziewczynki śpią u niego w pokoju, że udziela nocnych lekcji, wiedzieli dosłownie wszyscy. Pewnego dnia postanowiłam spróbować, co on robi w nocy z tymi dziewczynkami. I powiedziałam, że chcę przyjść do niego w nocy na lekcję. „Ty?” – odpowiedział – „przecież ty tu pijesz piwo, latasz za chłopakami, naprawdę chcesz?” Odparłam: „Tak, bardzo chcę zobaczyć, jak wyglądają u pana lekcje.” No i idę na tę nocną lekcję, on mnie zostawia, rusza do łazienki, wychodzi w szlafroku. A ja sobie myślę: „no to ładnie, wszystko jasne”. Mówię: „Panie Krzysztofie, co pan wyprawia? Traktuję pana jako bliską mi osobę, jest pan dla mnie ważny, a pan robi takie rzeczy?” A on na to wyjął książkę „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej i powiedział: „Tę książkę czytały już różne dziewczyny i zmądrzały, a ty widzę idziesz w złym kierunku. Weź tę książkę, przeczytaj i jak będziesz gotowa, przyjdź do mnie, to może docenisz na jakim poziomie może być nasza relacja” - opowiada Jola.

To
był 1997 rok. Jola miała 15 lat, jeszcze rok utrzymywała relacje z
Sadowskim, choć wiele osób ją ostrzegało i prosiło, żeby się
uwolniła z tego domu, bo jest toksyczny. W 1998 r. namawia muzyków
na akcję „zostaw dzieci”.

- Miałam już szesnaście lat, rozmawiałam otwarcie z wieloma muzykami o tym, co się dzieje u Sadowskiego. Dziś są to bardzo znane osoby. Ostrzegałam też dziewczynki przed Sadowskim. W końcu poprosiłam młodych muzyków, żeby coś z tym zrobili. Wcześniej jeden z wykładowców o mało nie pobił Sadowskiego publicznie. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że z powodu córki (Sadowski ją obmacywał pod kołdrą – przypis MZ), ale ja z tym muzykiem też rozmawiałam, mówiłam mu, co Sadowski wyprawia. Podczas koncertu finałowego grupa kilkunastu mężczyzn wstała i skandowała do Sadowskiego: „zostaw dzieci”. Pan Krzysztof milczał, zszedł ze sceny. Podszedł potem do mnie i powiedział, że nie mam czego szukać u niego. Ja już nie chciałam tam być. Wtedy przyjechał po mnie brat i zabrał mnie z warsztatów. Opowiedziałam o wszystkim rodzicom, oddałam im też tę „Sztukę kochania”. Mama zadzwoniła do Sadowskiego, który zaczął się bronić, że ja tam się źle zachowywałam, że piłam piwo, brałam narkotyki, co było kompletną bzdurą. Ale o tych narkotykach opowiadał też moim nauczycielkom w szkole. Sekował mnie tak, że zrezygnowałam z kariery muzycznej, zostałam prawniczką. Śpiewać nie przestałam, muzyka pozostała moją pasją – mówi Jola.

Wielu
muzyków potwierdza, że na sali w Puławach padło „zostaw
dzieci”, ale większość mówi, że w tym czasie byli gdzieś za
kulisami, nie słyszeli tego dokładnie lub słyszeli z opowiadań
innych, nie widzieli, znają tylko z relacji...

Mama
Joli miała przez wiele lat wyrzuty sumienia, czy czasem nie
przeszkodziła córce w karierze. Dziś widzi, jak niewiele
brakowało, by Jola padła ofiarą i była jedną z wielu kobiet,
których życie „skończyło się, gdy przekroczyły próg domu na
Raniuszka”.

- Gdybym nie miała ogromnego wsparcia rodziców, przydarzyłoby mi się dużo więcej – kończy Jola.

Wiele
potwierdzających się doniesień

Wszystko
to brzmi nieprawdopodobnie, dziwnie? Problem w tym, że działania
pana Sadowskiego układają się w pewien schemat i powielają.
Przykładowo mam relację z Iławy, że tam też zaprosił jedną
dziewczynkę (córkę lokalnego polityka) do pokoju na nocną lekcję,
a potem poszedł do łazienki i wyszedł w szlafroku. Nigdy wcześniej
o tym nie napisałem, więc Jola nie mogła tego nigdzie przeczytać.
Według mojego informatora (bardzo znanego muzyka) dziewczynka z
Iławy przerażona uciekła przez okno, a jej tata zabronił
zapraszać Sadowskiego do Iławy. Z kolei sytuację z przekazaniem
„szczególnej” książki opowiedziała mi osoba bardzo bliska
rodzinie Sadowskiego, córka brata męża jego rodzonej siostry.

- Dał mi „Pamiętniki Fanny Hill, mówiąc, że dowiem się, jak to jest być kobietą, a potem możemy o tym porozmawiać. Miałam 13 lat – opowiadała.

To
zdarzenie miało miejsce na początku lat 70. Spowodowało rodzinną
awanturę i zerwanie kontaktów rodziców dziewczynki z Sadowskim i
jego żoną Lilianą Urbańską.

Mam też
wiele doniesień z Margonina i Chodzieży, że tam też Sadowski
zachowywał się wobec dzieci nieodpowiednio. W Margoninie wręcz
traktowano go jak wampira, ostrzegając dzieci, że nie wolno im być
sam na sam z Sadowskim, pilnując ich w sposób ostentacyjny.
Przyjazd szefa PSJ „wizytującego” warsztaty muzyczne wywoływał
popłoch wśród kadry.

- To przypominało jakąś komedię. Chodził za nim krok w krok wyznaczony w tym celu strażak i pilnował, żeby nic nie zrobił dzieciom, bo na jednej z lekcji złapał rzekomo dziewczynkę za pierś – opowiada jeden z najlepszych polskich muzyków.

Całkowicie
niezrozumiały jest fakt, że mimo takich zdarzeń, skandali, wiedzy
o sypianiu dziewczynek w pokoju Sadowskiego, doniesienia na policję,
wyrzucania go z warsztatów, akcji „zostaw dzieci”, anonimów,
ten człowiek miał takie wsparcie autorytetów, bywał u wielu
niezwykle wpływowych osób, w tym u prezydentów Polski, występował
przed sędziami i mógł ponownie przyjeżdżać na te same imprezy,
na których wiedziano o jego „upodobaniach” i niestosownych
zachowaniach. Jest to wręcz niewyobrażalne i powinno zostać teraz
bardzo szczegółowo wyjaśnione.

Wciąż
dostaję nowe doniesienia od świadków i ofiar. Bardzo ciekawy mail
nadszedł od kobiety dziś mieszkającej za oceanem.

„Prowadziłam
fanklub gwiazd Tęczowego Music Boksu. Spędziłam wiele czasu w domu
Sadowskich. Sadowski miał tam swoją kanciapę/takie swoje studio.
Dziewczyny w wieku szkoły podstawowej siedziały mu na kolanach, on
je po plecach masował. Liliana (żona) cały czas w domu była, na
pewno wiedziała, co on robił. Tak, miał takiego vana czerwonego z
kanapą z tylu. Kiedyś mnie i koleżankę zabrał na przejażdżkę
i zatrzymał się gdzieś w małej ulicy i nas do tylu wziął i
chciał łaskotać i pokazywał jakieś zdjęcia z music boxu.
Pamiętam też na kolanach u siebie mnie posadził. Do niczego nie
doszło poza łaskotaniem, ale myślę że dziewczyny z biednych
domów albo z pokaleczonych rodzin to na pewno były wykorzystywane.
Kiedyś przyjechał po mnie do domu, żeby mnie na lody zabrać. Mam
teraz 39 lat, wtedy miałam około 14-15, wiec dużo nie pamiętam,
ale ja kiedyś na wp wstawiłam komentarz (z 15 lat temu) pod
artykułem o Sadowskim, że to zbok i pedofil, ale komentarz został
usunięty wtedy. Wtedy inne czasy niestety. Te dziewczyny, które on
tam głaskał, macał, na kolana brał pewnie nie kojarzyły jego
zamiarów, wtedy to inne czasy były. Dzieciaki chciały się
pokazać, że znają Marysię i Sadowskiego i tam innych w TVP. Życzę
powodzenia z tą sprawa i jak ma pan jakieś minimal wątpliwości co
do prawdomówności tych ofiar to ja potwierdzam, że one mówią
prawdę.

Sadowski
raczej polował na takie dziewczynki, które chciały być bliżej
Marysi, bliżej bycia w telewizji, bliżej znanych osób no i
dziewczynki, których rodzice ufali Sadowskiemu, że je odwiezie
/przywiezie. Ja pamiętam jak kilkanaście razy towarzyszyłam
Sadowskiemu i Marysi na nagraniach music boxu i pamiętam całodzienne
siedzenie w stacji TVP , gdzie miałam okazję poznać wiele znanych
osób. Na tamte czasy dla dzieciaka bycie w Teleranku czy Music Box
to była frajda. Moi rodzice nie mieli samochodu wiec Sadowski zawsze
proponował, że nas zabierze, i zawsze jak nas odwoził to tego busa
zatrzymywał w jakiejś czarnej uliczce. Wtedy nic sobie z tego nie
robiłam, ale teraz to aż mi ciarki przechodzą, jak myślę o tym
busie z kanapą, poduszkami i zasłonkami! U Sadowskich zawsze było
mnóstwo dzieciaków w domu. Sadowski wystarczyłoby ze zaprosił ze
dwie czy trzy dziewczynki do tego swojego studia i one od razu haczyk
połknęły, bo je nagrywał i chwalił za talent, zawsze mu jakaś
dziewczyna na kolanach siedziała.”

Z maila
usunąłem dane osób. Wszystkie imiona ofiar w tekście są
zmienione, znam ich prawdziwe imiona i nazwiska, nie podaję ich
jednak publicznie.

Doniesień
jest bardzo dużo. Inna kobieta pisze:

„Gdzieś
koło roku 2000 pracowałam jako wolontariusz w magazynie
instrumentów w czasie

warsztatów
jazzowych w Puławach. Pewnego dnia Sadowski przyszedł się
przywitać, wyginając mi palec wskazujący przed oczami spytał, czy
chcę zobaczyć jego „robaczka”, po czym podał mi rękę i nie
chciał puścić dopóki nie dam mu „buzi”. Na szczęście tam
cały czas ktoś się kręcił i zaraz mnie puścił i na tym moje
kontakty z Sadowskim się skończyły. Wtedy, kiedy opowiadałam o
tym na warsztatach, wydawało się, że to tylko sprośne żarty
starszego pana. Pamiętam też, że przez kilka lat z rzędu
przyjeżdżała wokalistka, którą Sadowski otaczał szczególną
„opieką”, ona miała tiki nerwowe i my głupi nastolatkowie
wymyślaliśmy wokół niej i Sadowskiego różne teorie. Teraz mrozi
krew w żyłach myśl, że to mogła być jego ofiara...”

Maili o
zbliżonej treści mam już dziesiątki.

Dzięki aferze Sadowskiego, otrzymałem bardzo dużo doniesień o innych sprawach. Postaram się wszystkimi zająć. Wkrótce ujawnię nowe sprawy, w tym dotyczące bardzo znanych osób. Całość traktuję jako zbieranie dokumentacji do filmu o prawdziwym obliczu pedofilii w Polsce, o jej kryciu w różnych środowiskach. Moim zdaniem mam już bardzo wstrząsający materiał, który – mam nadzieję – doprowadzi do zmian w prawie, zniesienia przedawnienia takich przestępstw, wdrożenia narzędzi pomocy ofiarom i zmian w procedurach postępowania ze sprawcami i ze zbieraniem dowodów w takich sprawach. Jeśli chcecie wspomóc realizację filmu, prowadzę zbiórkę tutaj:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto.
Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i
bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Lub na zbiórce na PayPal:

https://paypal.me/pools/c/8hVeZEbuME

Na koniec
przeczytajcie jeszcze tego maila, uważam, że jest bardzo mądry i
pouczający, więc publikuję go w całości, bez komentarza.
Napisała go piosenkarka:

„Nie
jestem pewna, czy mój mail będzie przydatny, jednak nie potrafię
zostać obojętna na nagłaśnianą przez Pana sprawę. W moim
wypadku, całe szczęście, nie doszło do nadużyć fizycznych, ale
być może mój głos w tej sprawie okaże się jakkolwiek użyteczny.

W 2003
roku wybrałam się na swoje pierwsze warsztaty jazzowe, miałam
wtedy 15 lat. Wcześniej przez lata śpiewałam w zespołach
dziecięcych, chodziłam do szkoły muzycznej. Wydarzenie to miało
dla mnie spore znaczenie. Warsztaty „Od pop music do jazzu”
odbywały się w Młodzieżowym Domu Kultury „Centrum” w
Chorzowie (dzisiaj cała instytucja przeniosła się w inne miejsce).
Krzysztof Sadowski pojawił się w ostatnim dniu, kiedy to prowadził
koncert galowy zwieńczający warsztaty. Nie mogę wypowiadać się w
imieniu wszystkich ich uczestników, ale czuło się większe niż
dotąd podenerwowanie i podekscytowanie z uwagi na to, że to właśnie
ówczesny prezes PSJ-u miał nas usłyszeć. Należy dodać, że
większość uczestników, poza chyba dwoma czy trzema chłopakami,
stanowiły dziewczyny, w większości w wieku szkolnym.

Już przed
wejściem na scenę byłam zdenerwowana, drepcząc w miejscu,
powtarzałam tekst utworu. Wtedy podszedł do mnie Sadowski, rzucając
jakimś żartem, najprawdopodobniej mającym na celu rozładowanie
tremy. Po moim zejściu ze sceny poprosił, abym zaczekała na niego
za kulisami. Ze sceny zapowiedział kolejną wokalistkę i wrócił
do mnie. Wychwalał mój talent muzyczny. Porównywał mój głos do
Billie Holiday, wyciągnął ze swojej teczki jej płytę i mi ją
wręczył. Rzucił też, że „Billie była prostytutką, ale nie w
tym rzecz”. Tę uwagę pamiętam dokładnie, bo wydała mi się nie
na miejscu, ale uznałam, że przy całym jego słowotoku może
rzucił coś nieprzemyślanie. Poprosił o numer telefonu i adres,
powiedział, że pomoże mi w karierze, że mam ogromny talent…
Oczywiście, że czułam się dowartościowana, a rodzice pękali z
dumy.

Kilka
tygodni później zadzwonił do mnie do domu. Odebrała moja mama,
ale Sadowski chciał rozmawiać ze mną. Pamiętam tę rozmowę
bardzo dobrze, bo wyczekiwałam jej z niecierpliwością. Najpierw
zapytał, czy to ja jestem tą Cyganeczką z ciemniejszymi włosami.
Nie wiedziałam, o czym mówi, ale przeszło mi przez myśl, że mógł
wziąć numer telefonu nie tylko ode mnie. Następnie zapytał, czy
mam chłopaka. Trochę się zdziwiłam, ale uznałam to za „wujkowy
żart”. Miałam tylko 15 lat i nie rozumiałam, jaka mogła być
intencja jego pytania. Odparłam, że nie, więc zaprosił mnie na
Międzynarodowe Spotkania Wokalistów Jazzowych w Zamościu. Uznałam
to za ogromną szansę. Zgodziłam się ze sporym entuzjazmem.
Później przeszedł do wypytywania, czy miałabym przyjechać z
rodzicami. Wiedziałam, że rodzice nie będą chcieli puścić mnie
samej, dlatego odpowiedziałam z całą pewnością, że przyjadą ze
mną. Pamiętam, że pytanie padło kilka razy. Nie rozumiałam, co
może być dla niego problemem, a Sadowski zaczął się wycofywać.
Powiedział, że potrzebne mi demo. Rzucił, że wyśle mi
zgłoszenie, które będę musiała wypełnić i odesłać razem z
płytą. Nagrałam demo trzy dni później, oczywiście zgłoszenia
nie otrzymałam. Miałam poczucie, że gdzieś coś w tej rozmowie
zepsułam i tym samym zaprzepaściłam tak wielką szansę.

Po latach,
a dokładniej chyba cztery czy pięć lat temu przypomniała mi się
ta historia. Opowiedziałam ją znajomym muzykom i usłyszałam, że
przecież wszyscy wiedzą, że Sadowski to pedofil. Zmroziło mnie.
Węszyłam więc, pytając o Sadowskiego znajomych muzyków z innych
miast, wszyscy to potwierdzili. Wtedy zrozumiałam, co się stało, a
w zasadzie czego cudem udało mi się uniknąć. Powiedziałam o tym
swoim rodzicom rok temu. Moja mama przyznała, że podczas nagrywania
demo realizator przestrzegł ją, żeby nie zostawiała mnie nigdy
sam na sam z Sadowskim. Był jedyną osobą, która chciała nas
ostrzec.

Nie jestem
w stanie opisać rozgoryczenia i wściekłości na to, że ta kanalia
piastowała stanowisko prezesa PSJ-u przez tyle lat, tym samym
jeżdżąc na warsztaty i szukając ofiar. Nie mogę zrozumieć,
dlaczego NIKT nie był w stanie zareagować, przez co ja i tysiące i
dziewczyn byłyśmy narażone na nadużycia i gwałty. Świadczy to o
totalnej deprawacji, kolesiostwie i obrzydliwym przyzwoleniu na
najgorsze. Warsztaty, w których brałam udział, odbywały się w
2003 roku, Sadowski miał więc wtedy 68 lat, mógł dopuszczać się
gwałtów od dekad i nikt nic z tym nie zrobił. Nie potrafię
doszukać się informacji ile lat był na stanowisku prezesa PSJ poza
notatką biograficzną na jego stronie oraz jedną wzmianką na
stronie Onetu o tym, że w 2009 roku został wybrany ponownie. Nie
jest przecież możliwe, aby nikt ze ścisłych współpracowników
nie wiedział, czego dopuszcza się Sadowski.

Oburzają
mnie również komentarze muzyków, którzy naśmiewają się z
sytuacji. Pytania, czy mają teraz grać z rękami w kieszeniach,
żarty o tęczy w nazwie programu, koncentrowanie się na pomyłce w
nazwie Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, a nie na samych
wydarzeniach, to wszystko jest oburzające i oddające poziom
znieczulicy, zobojętnienia i zepsucia obecnego w tym środowisku.
Przerażające jest to, że wśród nich są osoby, które były i są
nauczycielami i które nadal mają styczność z młodzieżą, a
wykazują się potężną ignorancją i bagatelizowaniem problemu,
który istniał i przypuszczam, że istnieć będzie nadal, a dotyczy
ich uczniów. Nie wiem kim trzeba być, aby przymykać na to oko.

Z wielu
doświadczeń moich oraz moich koleżanek, wynika, że w towarzystwie
generalnie panuje seksizm, uprzedmiotawianie kobiet, nadużycia.
Istnieje niemal pełne przyzwolenie na obrzydliwe zachowania, których
ze względów prawnych nie można nazwać pedofilią. To uniemożliwia
i zniechęca do dalszego rozwijania się i spełniania w tym
środowisku. Znacznie zawęża to też grono kobiet, które zdołały
się przebić do takich, które godziły się/ godzą się na takie
traktowanie, bądź są protegowanymi, mają wsparcie w postaci
członków rodzin istniejących w tym światku. Wiele dziewczyn o
ogromnym talencie, wykazując się kręgosłupem moralnym w przykrych
sytuacjach, zrezygnowało ze swoich muzycznych karier.”

Krzysztof
Sadowski nie chce rozmawiać z mediami, nie broni się publicznie,
wydał tylko oświadczenie. Publikuję je poniżej.

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

„W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami
dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych
„Tęczowy Music Box” i „co jest grane?” oraz podopiecznymi fundacji
„Tęcza”, stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie
pojawiające się na mój temat „rewelacje” oparte są na pomówieniach
jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić.
Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez
większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety,
w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty
pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w
stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej
przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała
kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o
podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi
czynów nie jest mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok
–nie zostałem w nim przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej
jako podejrzany. O toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że
została w nim przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też
wyraźnie podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów
nikt nie podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak
wygląda cała historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w
podeszłym wieku i złym stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie
oszczerstwa dodatkowo ten stan pogarszają, podważając mój dorobek
zawodowy i artystyczny oraz godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim
jednak sprawa ta odbija się fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją
żonę i córkę. Staliśmy się obiektem bezpośrednich ataków ze strony
obcych nam osób, godzących w naszą prywatność i poczucie
bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej sprawie oceniam jako
skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu sensacji posunęły się
one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły do ataku na całą moją
rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę zarówno do mediów,
które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które dopiero planują
dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego szkalowania
mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do tego
procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z organami
ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w
wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i
osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia
swojego imienia i dorobku.”


„Nazywał mnie Wisienką!”

Niemal wszystkie media podały już informację o podejrzeniach pedofilii Krzysztofa Sadowskiego, oświadczenie wydała też jego córka. To jednak wciąż dopiero początek afery, która sięga znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszcza. Część jej wątków wstrząśnie wkrótce całą Polską.

Kolejne osoby zgłaszają się do mnie informując o czynach Krzysztofa Sadowskiego, wieloletniego szefa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, znanego muzyka, współtwórcy programów telewizyjnych, znajomego wielu wpływowych osób ze świata polityki, artystycznego i biznesowego. Wkrótce ujawnię całość zebranej i zweryfikowanej dokumentacji.

Jak to się zaczęło?

Pierwsze doniesienia o molestowaniu nieletnich mam z końca lat 60-tych. Według moich informatorek, Krzysztof Sadowski nie krył się ze swoimi „preferencjami” i uwodził nastolatki niemal oficjalnie, nie przejmując się nawet obecnością przy tym żony, Liliany Urbańskiej.

- Miałam 15 lat, on 34. Był bardzo miły, subtelny, działał z ogromną cierpliwością i delikatnością, nazywał mnie Wisienką. Pisał do mnie długie listy, interesowały go dziewczyny, które nie miały jeszcze partnerów seksualnych, chciał je „rozdziewiczyć”. Przede mną był z córką dyplomaty, także nieletnią. Moi rodzice byli rozwiedzeni, więc zastępował mi trochę ojca, potrzebowałam takiego przyjaciela. Nie mam po tym traumy fizycznej, choć wiem, że byłabym inną osobą, gdyby to się nie stało. Utrzymywaliśmy kontakty przez dwa lata. Gdy dowiedziała się o tym moja mama zrobiła awanturę Lilianie. Ona o wszystkim wiedziała. Krzysztof z niczym się nie krył

– opowiada dziś 64-letnia Anna (imię zmienione).
Anna twierdzi, że Krzysztof Sadowski nie zabezpieczał się podczas seksu, a potem wyznał jej, że jest bezpłodny (jest to istotny szczegół dla śledztwa ze względu na zeznania innych kobiet, w których to się powtarza). Brak zainteresowania jego postępowaniem ze strony żony tłumaczył, że ona ma swoje życie uczuciowe.
Liliana Urbańska utrzymuje, że nigdy nie zauważyła nic niepokojącego w zachowaniach męża. W rozmowie ze mną stanowczo zaprzeczała zarzutom.
Tymczasem zgłosiła do się do mnie córka brata męża siostry Krzysztofa Sadowskiego. Potwierdza słowa Anny, że Liliana musiała wiedzieć o „dysfunkcji” męża już na początku lat 70-tych.
-

Moi rodzice byli bardzo blisko zaprzyjaźnieni z Lilianą i Krzysztofem, często się odwiedzali, byli rodziną. Pewnego dnia Krzysztof zaczepił mnie i wręczył manuskrypt „Pamiętników Fanny Hill” mówiąc, żebym poznała, jak to jest być kobietą i że potem możemy o tym porozmawiać. Miałam trzynaście lat. Przekazałam to tacie, który zrobił awanturę Krzysztofowi i Lilianie, po czym zerwaliśmy praktycznie kontakty rodzinne – mówi moja rozmówczyni (znam imię i nazwisko, zweryfikowałem związki rodzinne).

Zgłosiła się też do mnie córka jednego z muzyków grających przed laty m.in. w zespole Krzysztofa Komedy, która twierdzi, że Krzysztof Sadowski próbował molestować ją, gdy miała 15 lat i działo się to na przyjęciu, na którym była też Liliana Urbańska.

- To było na działce. Oni przyjechali tam razem z Lilianą, ja miałam piętnaście lat. Odeszłam na bok i wtedy koło mnie usiadł Krzysztof. Objął mnie i coś próbował, ale ja zaczęłam się wyrywać, potem krzyczeć. Przybiegli inni i zaczęli mnie uspokajać. Była przy tym Liliana

– mówi.

Matka i córka

Niezwykle wstrząsającą relację przekazała mi córka jednego z najsławniejszych polskich jazzmanów, prosząc o nieujawnianie nazwiska ze względu na dobro taty.

„Miałam 12-13 lat. Przyszedł w nocy, spałam w pokoju z Marysią i jeszcze jedną koleżanką. On przyszedł powiedzieć „dobranoc”,  Marysi wtedy nie było. Zaczął mnie łaskotać. Włożył ręce tam gdzie nie powinien i ja mu powiedziałam: "Nie. Przestań." Przestał, ale przesiadł się na łóżko do tej drugiej dziewczynki, włożył jej ręce pod kołdrę i robił to aż do chwili, gdy ona zaczęła płakać. Wtedy wstał i wyszedł. Ja powiedziałam tacie. Tata dorwał go w jakimś pomieszczeniu, przygwoździł i o mało nie pobił, wtedy weszłam do tego pomieszczenia i słyszałam, że jeszcze raz, to się źle skończy. Tata by mu nie darował, gdyby dotknął mnie jeszcze raz, więc tego nie robił. Potem wiele razy słyszałam, że Krzysiek Sadowski to stary pedryl, zboczeniec. Wszyscy dziwnie patrzyli, że się pokazywał wszędzie z młodymi dziewczynami. Dużo później mama przyznała mi się, że próbował się dobrać także do niej, dużo wcześniej, na jakimś wyjeździe, na którym byli razem z Lilianą. Ona mu nie pozwoliła na nic, on się zdziwił i powiedział: "No myślałem, że my tu będziemy tak razem jak w wielkiej rodzinie." Mama powiedziała o tym Lilianie, a ona na to: "No, przykro."”

- opowiada moja rozmówczyni.

Mam jeszcze kilka doniesień o sytuacjach, w których Krzysztof Sadowski zachowywał się niestosownie wobec młodych kobiet w obecności swojej żony. Dlaczego zatem Liliana Urbańska pozwoliła, by człowiek o takich zachowaniach pracował z dziećmi? Dlaczego pozwalała spać dzieciom w domu, zamykała je w piwnicy? Dlaczego nie reagowała, gdy Krzysztof chodził do nich w nocy, sadzał na kolana w autobusach, głaskał i łaskotał? Dlaczego pozwoliła, by ich wspólny dom stał się dla części dzieci piekłem? Trudno to wszystko pojąć. Gdy zadzwoniłem do niej przed pierwszym tekstem, długo rozmawialiśmy i myślałem, że Pani Liliana o niczym nie wiedziała, bardzo jej współczułem, że musi w tym wieku zmierzyć się z takim skandalem. Pani Liliana powiedziała mi, żebym więcej jej nie wypytywał, żebym pisał co chcę, ona nie będzie się wypowiadać. Pani Liliano, nie będę Pani nagabywał, ale apeluję o zabranie głosu i powiedzenie całej prawdy. O Krzysztofie i waszych tajemnicach, bo one są tu niezwykle istotne. Proszę, niech Pani to zrobi dla skrzywdzonych przez męża dzieci. Trzeba je przeprosić. Trzeba oddać im sprawiedliwość i powiedzieć teraz prawdę. To niezwykle ważne.

Oświadczenie córki

Nigdy, żadnego tekstu nie „promowałem” nazwiskiem córki Pana Sadowskiego – Marii Sadowskiej. Nigdy nie obarczałem jej winą za grzechy ojca. Ponieważ jednak Pani Maria wydała oświadczenie nawiązujące do tej historii, publikuję je bez komentarza:

„Kochani! To były dla mnie najgorsze dwa miesiące mojego życia. Nikomu nie życzę, żeby musiał przechodzić przez takie piekło. Niespodziewanie, z dnia na dzień całe twoje dotychczasowe życie leży w gruzach... Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie w tym czarnych chwilach. Nie wiedziałam, że jest Was aż tylu! Mówią „przyjaciół poznaje się w biedzie”, ja więc jestem człowiekiem szczęśliwym bo jednak otoczonym wspaniałymi przyjaciółmi. Dzięki Wam mogę stać z podniesioną głową. Życie toczy się dalej, a ja muszę się podnieść nie tylko dla siebie ale przede wszystkim dla moich ukochanych dzieci i męża. Nie pierwszy raz muzyka, film, tworzenie, bycie kreatywnym ratuje mi życie. Tak więc wracam do tego, co potrafię robić najlepiej. Dziś pierwszy raz, z duszą na ramieniu i z drżeniem serca wychodzę znów na scenę...”

- napisała na FB Maria Sadowska.

Krzysztof Sadowski nie odpowiada na moje sms, nie odbiera telefonu, nie oddzwania. Jego adwokat także nie odpisała na moje pytania i nie odebrała mojego telefonu. Na końcu publikuję jego oświadczenie.

Cała sprawa ma wiele wątków, w tym politycznych i finansowych, i jest niezwykle wstrząsająca. Wszystko ujawnimy w książce i filmie o kryciu pedofilii w show-biznesie, nad którym już pracuję.

Jeśli chcesz wspomóc to śledztwo i realizację filmu o kryciu pedofilii w Polsce zachęcam do udziału w zbiórce:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Lub na zbiórce na PayPal:

https://paypal.me/pools/c/8hVeZEbuME

Pierwsze śledztwo w sprawie molestowania dzieci przez Krzysztofa Sadowskiego miało miejsce po doniesieniu mamy 10-letniej Ewy Gajdy w 1992 r. Nie doszło do gwałtu, Krzysztof Sadowski głaskał dziewczynki po ciele, a przy Ewie rozpiął rozporek i przeraził dziewczynkę. Relację Ewy potwierdza dziś Kasia, uczestniczka tych samych kolonii i wielu zajęć w zespole „Tęcza”. Niestety, gdy było prowadzone śledztwo, wystraszono dziewczynkę i odmówiła pokazania, co robił jej Sadowski.

Już po pierwszym artykule zgłosił się do mnie 47-letni Piotr, którego Sadowski molestował na początku lat 80-tych, po koncertach poezji śpiewanej Jana Pawła II, które miały miejsce w kościołach. Sadowski jest zresztą osobą bardzo religijną, wierzącą.

Kolejną osobą, którą skrzywdził i która się do mnie zgłosiła jest Justyna (imię zmienione), kobieta, którą Sadowski poznał w domu dziecka. Gwałcił Justynę przez cztery lata (zaczął, gdy miała 14 lat). Mimo że dziewczynka się skarżyła, nikt nie reagował. Niedawno ujawniła się też Olga Śmigielska, która w TVN24 opowiedziała o molestowaniu i gwałtach dokonywanych przez Sadowskiego, przyjaciela jej ojca. Ojciec nie uwierzył Oldze, gdy mu powiedziała o postępowaniu Krzysztofa.

Następnie zgłosił się do mnie Marek (imię zmienione), chrześniak Sadowskiego. Twierdzi, że był molestowany przez 2 lata. Jego opowieść jest wyjątkowo bulwersująca.

Zgłosiły się do mnie dwie kobiety, które twierdzą, że próbowano je molestować w 2017 r.

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

„W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych „Tęczowy Music Box” i „co jest grane?” oraz podopiecznymi fundacji „Tęcza”, stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie pojawiające się na mój temat „rewelacje” oparte są na pomówieniach jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić. Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety, w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi czynów nie jest mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok –nie zostałem w nim przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej jako podejrzany. O toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że została w nim przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też wyraźnie podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów nikt nie podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak wygląda cała historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w podeszłym wieku i złym stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie oszczerstwa dodatkowo ten stan pogarszają, podważając mój dorobek zawodowy i artystyczny oraz godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim jednak sprawa ta odbija się fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją żonę i córkę. Staliśmy się obiektem bezpośrednich ataków ze strony obcych nam osób, godzących w naszą prywatność i poczucie bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej sprawie oceniam jako skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu sensacji posunęły się one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły do ataku na całą moją rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę zarówno do mediów, które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które dopiero planują dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego szkalowania mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do tego procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z organami ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia swojego imienia i dorobku.”


Afera Sadowskiego: „Molestował mnie ojciec chrzestny!”

„Marysia i Liliana spały na łóżku, ja na materacu obok. Krzysztof przyszedł do naszego pokoju w nocy, położył się obok mnie i zaczął głaskać, onanizował się, jak wiele razy wcześniej. Działo się to wszystko obok śpiącej żony i córki” - opowiada dziś czterdziestoparoletni syn chrzestny Krzysztofa Sadowskiego, znanego muzyka, którego kilkadziesiąt kobiet oskarża o molestowanie, a kilka o gwałty.

Marek
(imię zmienione) jest dziś uznanym fachowcem w swojej dziedzinie.
Skończył studia, wybudował dom, ma stabilną sytuację finansową,
jest inteligentnym, sympatycznym człowiekiem. Dwadzieścia lat był
żonaty, ma dzieci. Małżeństwo jednak się rozpadło.

- Wciąż jesteśmy przyjaciółmi. Gdybym wiedziała, co spotkało go w dzieciństwie, kto wie, czy wciąż nie bylibyśmy razem. Na pewno bym o niego walczyła, bo to wspaniały człowiek – mówi Anna (imię zmienione), była żona Marka. To ona najpierw się do mnie zgłosiła, po artykule o pedofilii Krzysztofa Sadowskiego, uznanego jazzmana, wieloletniego prezesa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego (PSJ), współtwórcy programów telewizyjnych dla TVP i Polsatu, bardzo wpływowego człowieka w polskim establishmencie, znajomego polityków, biznesmenów, prawników, słowem: ludzi władzy i pieniędzy.

- Jestem w szoku. Przez kilkadziesiąt lat ten człowiek był naszym przyjacielem, przyjacielem całej rodziny, najbliższym z możliwych. Spędzaliśmy razem święta, odwiedzaliśmy się, przeżyliśmy wiele wspólnych chwil. A teraz dowiaduję się, że molestował także Marka i wracają te chwile, gdy czułam, że coś nie tak jest w relacjach męża z Krzysztofem. Nie rozumiałam tego, jak wielu innych znaków, które mi dawał. Gdybym tylko wiedziała, być może uratowalibyśmy nasze małżeństwo - kontynuuje Anna. - Wszyscy byliśmy wstrząśnięci, jak pan opublikował pierwszy artykuł, zastanawialiśmy się, czy to może być prawda, a tu nagle pojawia się Marek i wyznaje swojej matce i mnie, że był także molestowany przez Krzysztofa i żeby nie szukać usprawiedliwień dla tego człowieka, bo on to zrobił, to nie są żadne wymysły i powinien za to zostać ukarany.

Gdy po
kilku dniach od ujawnienia afery, Krzysztof Sadowski wydał
oświadczenie, w którym napisał, że jest niewinny i „oskarża go
jedna chora psychicznie kobieta”, Marek zdecydował się
opowiedzieć wszystko od początku do końca.

- Nie można tak kłamać. Te dziewczyny mówiące dziś o jego pedofilii przeżywają tortury. Jako człowiek, którego Krzysztof też molestował, dobrze je rozumiem, wiem, że chcą tylko prawdy, nie zasługują, żeby podważać ich relacje w taki sposób. Krzysztof jest winny, jest pedofilem. Zeznam to w prokuraturze i w sądzie, bo tak trzeba. Taka jest prawda – mówi Marek.

Spotykamy
się w ustronnym lokalu pod Warszawą. Marek jest przystojnym,
zadbanym mężczyzną, bardzo sympatycznym i otwartym. Nie widać po
nim traumy. Chyba ją przepracował lub wyparł.

- Wydawało mi się, że o tym na zawsze zapomniałem, poradziłem sobie, jak z wieloma innymi rzeczami, ale chyba to racja, że te przeżycia z dzieciństwa sprawiły, że jestem dość zamkniętą osobą, introwertykiem, nie szukam kontaktu z innymi, nie lubię, gdy się mnie dotyka. Dziś to wszystko wraca od nowa, może nie jest jakieś traumatyczne, ale pojawiają się wspomnienia z Krzysztofem, nie jest to łatwe – wyznaje.

Przyniósł
na spotkanie cztery grube albumy ze zdjęciami, żeby pokazać, jak
blisko był z rodziną Sadowskiego. Setki, może tysiące wspólnych
zdjęć. Chrzciny, święta, inne uroczystości. Na fotografiach
Krzysztof Sadowski, jego żona Liliana Urbańska, wielki przyjaciel
rodziny malarz Jerzy Czuraj, ojciec chrzestny Marysi Sadowskiej, sama
Marysia, inne dzieci, rodzina, przyjaciele, dziadkowie. Marek nie
zmyśla.

- Ufałem Krzysztofowi. Był moim ojcem chrzestnym, kimś, kogo można powiedzieć kochałem jak ojca. Zresztą biologicznego ojca nie poznałem, mama wychowywała mnie sama, a że była z Krzysztofem blisko, to on zastępował mi ojca. Miałem do niego ogromne zaufanie, był dla mnie dobry i nigdy nie pomyślałbym, że może mi zrobić coś złego. Pierwszy raz stało się to, gdy miałem może dziesięć, jedenaście lat, nie pamiętam dokładnie. Krzysztof gdzieś jechał i Liliana powiedziała, żeby mnie zabrał ze sobą, na lody. Jechaliśmy jego czerwonym busem. Ale zamiast na lody pojechaliśmy pod Kampinos w ustronne miejsce. Tam Krzysztof powiedział, że pokaże mi coś przyjemnego. Zaczął mnie dotykać w miejscach intymnych. Nie byłem dojrzały, więc nic się nie działo, on mi tłumaczył, że w przyszłości moje ciało będzie inaczej reagować, że on mnie nauczy, jak z tego korzystać. Przedstawiał to w taki sposób, jakby chciał mi dać coś dobrego, a ja wiedziałem, czułem, że tak nie jest. Potem wziął moją rękę i zmusił mnie, żebym go onanizował. Wtedy nie wiedziałem, jak to nazwać, kompletnie nie umiałem na to zareagować, zaprotestować, nie rozumiałem całej sytuacji. Po wszystkim pojechaliśmy na lody, a ja byłem zdruzgotany, bo nie umiałem o tym nikomu powiedzieć, a przecież mi się to bardzo nie podobało. Potem wielokrotnie się to wszystko powtarzało. Jechaliśmy albo pod Kampinos, albo na bulwary nad Wisłą. Krzysztof kompletnie nie przejmował się tym, że ludzie przechodzą obok samochodu. Może dlatego, że samochód był trochę wyższy niż normalne auta i nie było z ulicy widać, co się dzieje poniżej szyby. Jeśli kogoś widział, przerywał na chwilę, czekał aż ludzie przejdą, a potem znów mnie dotykał i się onanizował moją dłonią. Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego nikomu nie powiedziałem wtedy czy później. Chyba główny powód był taki, że zwyczajnie nie potrafiłem rzucić oskarżeń na osobę tak mi bliską i bliską mojej mamie. On naprawdę zastępował mi ojca. Jego córkę Marysię uważałem za siostrę. Moja mama była jego najbliższą przyjaciółką. I teraz miałem powiedzieć im wszystkim, że on mnie dotyka, że każe mi sobie to robić? Trwało to wszystko dwa lata, potem jakoś się urwało, nie pamiętam czy tak po prostu, czy powiedziałem, że już nie chcę, żeby mi to robił. Ciągle powraca do mnie jeden nasz wyjazd na ferie do miejscowości Zawoja. Zabrali mnie ze sobą, chyba po to, żeby pocieszyć po śmierci babci, ale mogę tu się mylić, mogło mi się coś pomieszać. Oni jeździli tam wszyscy na nartach, Marysia się uczyła, a ja nie umiałem jeździć. W nocy spałem w jednym pokoju z Lilianą i Marysią, a Krzysztof w drugim. Ja chyba chciałem spać z dziewczynami licząc, że to mnie uchroni przed Krzysztofem, ale on w nocy przychodził, kładł się na podłodze, dotykał mnie i onanizował się, mimo że Marysia i Liliana spały w tym samym pokoju, tuż obok na łóżku. Pamiętam też, że często próbowałem się ochronić przed Krzysztofem unikając wyjazdów sam na sam. Gdy chciał mnie gdzieś zabrać busem, prosiłem, żeby jechała z nami Marysia. Wtedy nic się nie działo. Gdy wybuchła afera, zastanawiałem się, czy nie napisać do Marysi, żeby ona wiedziała, że to nie jest wymysł czy spisek, że musi się z tym zmierzyć, bo te wszystkie ofiary zasługują na przyznanie się Krzysztofa, na to, żeby nie negować ich wspomnień, bo to prawda, ale ostatecznie nie byłem w stanie jej tego powiedzieć. Pewnie gdyby nie te kłamstwa w oświadczeniu, także bym milczał, ale to przelało czarę. Krzysztof musi ponieść karę. Nie można tak kłamać. Przez wiele lat ukrywałem wszystko, spotykałem Krzysztofa, unikałem bliższych relacji z nim, nie rozmawialiśmy o tym, co się stało w moim dzieciństwie, ale uważam, że powinien się przyznać, przeprosić wszystkie ofiary, bo zrobił im straszliwą krzywdę, zrobił wielką krzywdę innym dzieciom, które tego już nie zapomną do śmierci. My wszyscy mu ufaliśmy, był dla nas kimś bliskim, dobrym i nadużył tego zaufania w najgorszy możliwy sposób. Każde z nas zapewne myślało, że jest jedyne, dlatego też nie reagowało, dlatego się wstydziliśmy, uznawaliśmy, że trzeba to przemilczeć, że nie wolno nam oskarżyć kogoś, kto był dla nas na co dzień tak dobry. Teraz dopiero zdajemy sobie sprawę, jak nami manipulował, krzywdząc tak wiele osób.

Anna, była
żona Marka, zapowiada, że zrobi wszystko, żeby Krzysztof został
ukarany za swoje zbrodnie.

- Krzysztof zadzwonił do mnie po jednym z pana artykułów, przez pomyłkę, bo usiłował zadzwonić do mojej teściowej, mamy Marka. Powiedziałam mu, że o wszystkim wiem i także mama Marka wie i że nie ma sensu zaprzeczać, bo Marek nam o tym powiedział. Wysłuchał w milczeniu. Chyba wciąż nie zdaje sobie sprawy, jaką krzywdę wszystkim nam zrobił, jak skrzywdził całą rodzinę i tyle dzieci – mówi Anna.

Maria
Sadowska, córka Krzysztofa, znana piosenkarka i reżyserka (m.in.
„Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, film
wyprodukowany przez tragicznie zmarłego niedawno Piotra
Woźniaka-Staraka) nie komentuje sprawy ojca. Jedni fani starają się
ją wspierać, inni atakują i żądają zabrania głosu.

- To na pewno dla niej bardzo trudna sytuacja, ale wcześniej zabierała głos w sprawach społecznych, więc oczekiwanie ustosunkowania się do sprawy ojca jest uzasadnione. Na pewno nie można jej atakować za to, co robił ojciec, ale też nie można kierować uwagi w tę stronę, że to zagrozi jej karierze. Co mają powiedzieć osoby, którym karierę zniszczył Krzysztof, bo zamiast wspierać ich talent, wykorzystywał je seksualnie? - mówi osoba z rodziny Sadowskiego.

Niestety
bardzo dużo utalentowanych osób znikało nagle ze sceny. Część
dziś przyznaje, że z powodu molestowania lub gwałtów dokonanych
przez Sadowskiego. Część nie chce ze mną rozmawiać. Znam
nazwiska kilku znanych osób, które były prawdopodobnie ofiarami
Krzysztofa Sadowskiego, ale nie mogę wymuszać na nich wyznań.
Liczę na to, że widząc skalę tej afery, wykażą solidarność z
innymi ofiarami i zdecydują się jeśli nie na wypowiedź w mediach,
to zeznania w prokuraturze i sądzie.

W tej
chwili prokuratura sprawdza doniesienia dwóch kobiet, które
oskarżyły Sadowskiego o gwałty w końcu lat 90-tych. Szczegółowe
wyznania tych pań opublikowała „Gazeta Wyborcza”. Kilka dni
temu do prokuratury zgłosiła się trzecia osoba, która także
oskarżyła tego samego sprawcę o gwałty. Do mnie zgłosiło się
ponad 20 osób, które były molestowane, w tym kilka ofiar gwałtów.
Niestety większość czynów uległo już przedawnieniu. Niedawno
zgłosiła się jednak 22-latka, którą Sadowski próbował
molestować w 2017 r. Jest gotowa zeznawać w prokuraturze. Była
świadkiem zachowań wskazujących na molestowanie dwóch innych,
nieletnich dziewczynek. Z jedną z nich rozmawiałem, potwierdziła,
że Krzysztof Sadowski, mimo ponad 80 lat, ocierał się o nią,
macał po pupie i zachęcał do przyjścia do jego gabinetu (udał
się tam ojciec dziewczynki i wyjaśnił niestosowność zachowania
„staruszka”). Policja, jeśli tylko właściwie przeprowadzi
śledztwo, prawdopodobnie bez trudu ustali ofiary czynów
pedofilskich i molestowania, które nie uległy jeszcze
przedawnieniu. Niestety w śledztwie popełniono wiele błędów, nie
zabezpieczono dowodów, które mogły być istotne w sprawie. Pod
nadzorem prokuratury okręgowej być może tych błędów już nie
będzie, ale poprzednie są prawdopodobnie nie do naprawienia.

Krzysztof
Sadowski przez lata udoskonalał system doboru ofiar, jest pedofilem
zorganizowanym, seryjnym, bezwzględnym, wciąż niebezpiecznym dla
dzieci. Jego modus operandi (sposób działania) się powtarza:
próbował „delikatnie” molestować wiele dzieci, a z tymi, które
nie potrafiły się bronić, posuwał się coraz dalej, aż do
gwałtów – przy czym nie używał przemocy fizycznej tylko
psychiczną, nie reagując na opór ofiar i ich protesty. Gwałcił
dzieci w piwnicy swojego domu, w dwóch samochodach, w pokoju,
kawalerce na Wiejskiej, w bursach i podczas szkoleń. Potem przez
wiele lat część swoich ofiar kontrolował, starał się im pomagać
w życiu finansowo, dawał pieniądze i prezenty, załatwiał pracę.
Inne ofiary uciekały od niego, zrywały kontakt, ale nigdy nie
zapominały o tym, co im zrobił. Niektóre molestowane dziewczynki
były bardzo utalentowane, a przez molestowanie rezygnowały z
kariery, uciekały z show-biznesu.

Pierwsze
śledztwo w sprawie molestowania dzieci przez Krzysztofa Sadowskiego
miało miejsce po doniesieniu mamy 10-letniej Ewy Gajdy w 1992 r. Nie
doszło do gwałtu, Krzysztof Sadowski głaskał dziewczynki po
ciele, a przy Ewie rozpiął rozporek i przeraził dziewczynkę.
Relację Ewy potwierdza dziś Kasia, uczestniczka tych samych kolonii
i wielu zajęć w zespole „Tęcza”. Niestety, gdy było
prowadzone śledztwo, wystraszono dziewczynkę i odmówiła
pokazania, co robił jej Sadowski. Mam zgłoszenia o molestowaniu w
latach 70. Marek nie jest też jedynym mężczyzną, który był
molestowany przez tego sprawcę. Już po pierwszym artykule zgłosił
się do mnie 47-letni Piotr, którego Sadowski molestował na
początku lat 80-tych, po koncertach poezji śpiewanej Jana Pawła
II, które miały miejsce w kościołach. Sadowski jest zresztą
osobą bardzo religijną, wierzącą.

Kolejną
osobą, którą skrzywdził i która się do mnie zgłosiła jest
Justyna (imię zmienione), kobieta, którą Sadowski poznał w domu
dziecka. Gwałcił Justynę przez trzy lata (zaczął, gdy miała 14
lat). Mimo że dziewczynka się skarżyła, nikt nie reagował.
Niedawno ujawniła się też Olga Śmigielska, która w TVN24
opowiedziała o molestowaniu i gwałtach dokonywanych przez
Sadowskiego, przyjaciela jej ojca. Ojciec nie uwierzył Oldze, gdy mu
powiedziała o postępowaniu Krzysztofa.

Cała sprawa ma wiele wątków, w tym politycznych i finansowych, i jest niezwykle wstrząsająca. Wszystko ujawnimy w książce i filmie o kryciu pedofilii w show-biznesie, nad którym już pracuję.

Jeśli chcesz wspomóc to śledztwo i realizację filmu o kryciu pedofilii w Polsce zachęcam do udziału w zbiórce:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Krzysztof Sadowski unika kontaktu ze mną, nie oddzwania, nie odpowiada na wiadomości, jego pełnomocnik prawny także nie odebrał ode mnie telefonu i nie odpowiedział na maila. Poniżej publikuję więc jego oświadczenie w tej sprawie, wydane kilka dni po pierwszych doniesieniach. Liliana Urbańska, z którą długo rozmawiałem na kilka dni przed pierwszym tekstem, okłamała mnie kilka razy (m.in. powiedziała, że dzieci nigdy nie spały w ich domu), dziś twierdzi, że jest tylko byłą żoną Krzysztofa (rozwiedzioną z nim 35 lat temu) i nie wypowiada się na jego temat w mediach. Odmówiła też zeznań w prokuraturze.

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

„W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami
dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych
„Tęczowy Music Box” i „co jest grane?” oraz podopiecznymi fundacji
„Tęcza”, stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie
pojawiające się na mój temat „rewelacje” oparte są na pomówieniach
jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić.
Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez
większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety,
w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty
pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w
stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej
przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała
kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi czynów nie jest
mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok –nie zostałem w nim
przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej jako podejrzany. O
toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że została w nim
przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też wyraźnie
podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów nikt nie
podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak wygląda cała
historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w podeszłym wieku i złym
stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie oszczerstwa dodatkowo
ten stan pogarszają, podważając mój dorobek zawodowy i artystyczny oraz
godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim jednak sprawa ta odbija się
fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją żonę i córkę. Staliśmy się
obiektem bezpośrednich ataków ze strony obcych nam osób, godzących w
naszą prywatność i poczucie bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej
sprawie oceniam jako skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu
sensacji posunęły się one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły
do ataku na całą moją rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę
zarówno do mediów, które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które
dopiero planują dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego
szkalowania mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do
tego procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z
organami ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w
wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i
osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia
swojego imienia i dorobku.”


Krzysztof Sadowski wciąż groźny. Iza: molestował mnie w 2017 r.

Największa afera pedofilska w Polsce może wkrótce uderzyć z siłą wodospadu w elity polityczne, biznesowe i artystyczne. Badam wszystkie wątki dotyczące krycia sprawcy i jego układów, ujawnię je w reportażu i filmie. Tymczasem zgłosiły się do mnie dwie kobiety, które twierdzą, że próbowano je molestować w 2017 r. A to już nie jest przedawnione!

„Stałam na tarasie wraz z moimi koleżankami. Miałam wtedy niespełna 15 lat. Pan Sadowski wszedł na taras
Podszedł do mnie od tyłu i zaczął się ocierać. Najpierw o pośladki, następnie o ramię. Byłam wtedy zdezorientowana, nie docierało do mnie to, co się działo. Dlatego też moje koleżanki zareagowały, odciągając pana Sadowskiego ode mnie, mówiąc, aby przestał. Wtedy powiedział: „To jest moja rodzina i mogę z nią robić wszystko, co mi się podoba”. Po całym zdarzeniu, koleżanki odprowadziły mnie do pokoju.
Następnego dnia, pan Sadowski pisał do mnie SMS-y z prośbą o stawienie się w jego gabinecie. Nie odpisywałam na nie. W pewnym momencie, gdy szłam przez korytarz, spotkałam go po raz kolejny. Wtedy ponowił prośbę o to, abym stawiła się później w jego gabinecie (prawdopodobnie był potrzebny gdzieś indziej, dlatego nie zabrał mnie ze sobą w tamtej chwili), po czym przechodząc, ponownie otarł się o moje pośladki. To był ten moment, gdy dotarło do mnie, że może mi zrobić w tym gabinecie poważną krzywdę, więc postanowiłam o tym powiedzieć mojemu ojcu, który też był wykładowcą na warsztatach w Puławach. Doszło do konfrontacji między nimi, niestety nie wiem, jak ona przebiegła. Od tamtej pory pan Sadowski już mnie nie zaczepiał. Jedynie na mnie patrzył” - opowiada Iza (imię zmienione), córka znanego muzyka, która nie jest jeszcze gotowa zeznawać w prokuraturze, ale może się na to zdecyduje.

Zeznawać za to chce Jagoda (prawdziwe imię, bardzo odważna 22-latka), która była na tych samych warsztatach.
„Stało się to na warsztatach jazzowych w Puławach. Krzysztof Sadowski
był znajomym mojej mamy, zaproponował mi pobyt za darmo i oczekiwał
czegoś więcej ode mnie z tego powodu. Już w samochodzie położył mi rękę
na kolanie, ja się cofnęłam, żeby mnie nie dotykał. Potem pojechaliśmy
na wycieczkę do Kazimierza i tam zaczął mnie wypytywać o relacje z
chłopakami. Następnie zaproponował mi publicznie, przy innych ludziach,
żebym przyszła do niego wieczorem. Zapytałam: „po co”, a on
odpowiedział: „w celach towarzyskich”. To było przy innym wykładowcy,
który nie zareagował zupełnie, co mnie zaskoczyło, bo jednak wykładowcy
są jakoś moralnie zobowiązani wobec uczestników, więc ja nie rozumiem
takiej postawy, bo to było molestowanie przez wykładowcę, coś, co nie
miało prawa się zdarzyć. Już byłam pełnoletnia, ale rozmawiałam z jedną
dziewczyną młodszą i ona powiedziała, że Sadowski ją dotykał po pupie i
ona powiedziała o tym ojcu, też wykładowcy. Jak miałam 13 lat także
byłam na warsztatach w Puławach, wtedy nic mi nie zrobił, ale widziałam,
że coś było z inną dziewczyną, piętnastolatką. Ona była kompletnie
rozsypana i widać było, że coś złego z nią się dzieje, że łączą ją z
wykładowcą niepokojące relacje. Sadowski ciągle z nią rozmawiał, był z
nią blisko” - mówi Jagoda.

Opowieści Jagody i Izy świadczą o tym, że Krzysztof Sadowski, mimo 83 lat, wciąż może być niebezpieczny dla dzieci, skoro zachowywał się w ten sposób zaledwie dwa lata temu. Zresztą tego samego zdania są psychologowie.
„Pedofil zawsze pozostanie pedofilem bez względu na jego wiek. Pedofilia jest zaburzeniem preferencji seksualnych i jest stała. Wiek nie ma tu istotnego wpływu. Podobnie jest z orientacją seksualną. Zarówno osoby heteroseksualne jak i homoseksualne pozostają stałe w swoich preferencjach seksualnych. Pracuję z osobami starszymi i nie znam nikogo, kto zmieniłby swe zainteresowania z biegiem czasu. Pedofil, tak jak każdy inny człowiek może z biegiem czasu utracić zainteresowanie kwestiami seksualnymi, jest to spowodowane przekwitaniem, problemami hormonalnymi oraz różnymi chorobami (czyli wszystko przebiega tak jak w przypadku innych osób). Istotną kwestią w zachowaniach seksualnych odgrywa wyobraźnia i emocje, także nawet jeśli pedofil nie jest zdolny do stosunku, może chcieć zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne. Tego typu zaspokojenie potrzeb emocjonalnych ma miejsce np. w przypadku osób uprawiają seks typu BDSM (sadomasochistyczny) gdzie osoba dominująca zaspokaja swoje określona fantazje niekoniecznie odbywając stosunek. Pedofil nie przestaje być groźny dla dzieci. Z tego powodu np. jest stworzona ustawa o bestiach, dzięki której objęto specjalnym postępowaniem np. M. Trynkiewicza. Seryjnego pedofila i mordercę. Wątpię, aby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zostawił temu człowiekowi dziecko pod opieką.” - ocenia Wojciech Kopytek, psycholog i psychoterapeuta.

Dlatego tak ważne jest, by śledztwo pod nadzorem prokuratury zostało przeprowadzone właściwie: zbadano relacje podejrzewanego mężczyzny z uczennicami nie tylko sprzed 30 lat, ale w ostatnim czasie; nie rozumiem też dlaczego poinformowano żonę sprawcy o śledztwie przed przeprowadzeniem przesłuchań innych świadków i przeszukaniami miejsc, w których mogą być dowody przestępstw. Te błędy są już nie do naprawienia, a mogły skutkować „posprzątaniem” wszystkiego przez sprawcę. Na szczęście najmocniejsze dowody – relacje świadków są już nie do usunięcia.

Do tej pory zgłosiło się do mnie ponad 20 osób molestowanych przez Krzysztofa Sadowskiego. Część z nich została potraktowana okrutnie i zgwałcona w dzieciństwie. Większość przypadków jest już niestety przedawniona, stąd tak ważne są odpowiednie działania śledczych w celu ustalenia, czy pan Sadowski napastował dziewczynki w ciągu ostatnich lat. Pojawienie się nowych świadków może stanowić istotny przełom w śledztwie.

Relację dwóch ofiar (pod pseudonimem) zaprezentowała „Gazeta Wyborcza”, nie szczędząc czytelnikom wstrząsających szczegółów. Wcześniej ujawniła się Ewa Gajda, kobieta molestowana przez Sadowskiego w wieku 10 lat w 1992 r. Zeznawać w prokuraturze będzie też Justyna (imię zmienione), kobieta z domu dziecka, gwałcona w dzieciństwie w latach 80-tych przez tego muzyka przez trzy lata przy biernej postawie opiekunów. W weekend na portalu TVN24.pl ujawniła się Olga Śmigielska, córka przyjaciela Sadowskiego, molestowana przez kilka lat. Olga zgłosiła się do mnie jako jedna z pierwszych ofiar, ale nie była wówczas gotowa do ujawnienia tożsamości publicznie, dlatego chroniłem jej dane. Pokrzywdzonych na pewno jest bardzo dużo, a cała sprawa ma szereg jeszcze nieujawnionych szokujących wątków. Pojawiają się w niej nazwiska osób bardzo znanych i wpływowych. W rolach ofiar, ale też katów lub osób kryjących sprawców pedofilii.

- Powiedziałem przyjacielowi Sadowskiego i działaczowi PSJ, że musimy coś zrobić z pedofilią prezesa już wiele lat temu. Usłyszałem: „zostaw Krzysia w spokoju, niech sobie pomaca te swoje dziewczynki” - mówi znany muzyk. - To jest słowo przeciwko słowu, ale gdyby ten gość miał honor, to dziś by się przyznał i przeprosił ofiary za brak reakcji.

Krzysztof Sadowski był osobą bardzo wpływową. Przez lata organizował sobie parasole ochronne, gratulował prezydentom, współpracował zarówno z opozycjonistami, jak władzami i doskonalił system doboru ofiar, nad którymi potem sprawował kontrolę, ułatwiał im karierę, uzależniał od siebie. Jego wpływowymi przyjaciółmi byli (są?) Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego oraz Krzysztof Karpiński, były prezes Sądu Apelacyjnego w Warszawie, dziś wciąż sędzia. Pierwszy twierdzi, że nic nie wiedział o patologiach Sadowskiego, nic do niego nie dochodziło.

- Też jestem zszokowany – mówi Jerzy Stępień.

Drugi odmawia rozmowy ze mną, nie odbiera moich telefonów.

„W wykonaniu zarządzenia Prezesa Sądu Apelacyjnego  w Warszawie uprzejmie informuję, że Pan Sędzia Krzysztof Karpiński aktualnie przebywa na urlopie wypoczynkowym. W rozmowie telefonicznej nie wyraził zgody  na jakikolwiek kontakt z  Panem ( w tym przekazanie danych kontaktowych).” - napisano do mnie z Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

Sadowski miał też przyjaciół wśród artystów, reżyserów filmowych, polityków i najbogatszych biznesmenów. Może to jest odpowiedź na pytanie dlaczego do dziś nie stanął przed sądem i udało mu się krzywdzić dzieci przez blisko 40 lat.

Krzysztof Sadowski konsekwentnie zaprzecza zarzutom w
oświadczeniu, milczy, nie odbiera moich telefonów, unika odpowiedzi na
konkretne pytania, nie chce rozmawiać z mediami. Przyjął strategię
wykazania mojej nierzetelności (że niby nie usiłowałem się z nim
skontaktować, żeby pozwolić mu odpowiedzieć na zarzuty, co jest
absurdem, dzwoniłem do niego na tydzień przed tekstem i próbuję namówić
na rozmowę od wielu tygodni, nie jest prawdą, że nie próbowałem uzyskać
jego odpowiedzi czy relacji z jego punktu widzenia, próbowałem,
rozmawiałem z żoną, namawiałem do wywiadu, chciałem przedstawić
szczegółowo wszystkie zarzuty i wciąż jestem do tego gotów). Wydał
oświadczenie, które publikuję niżej.

Wszystkie moje ustalenia zostaną ujawnione po zakończeniu
dziennikarskiego śledztwa. Jeśli chcesz wspomóc to śledztwo i realizację
filmu o kryciu pedofilii w Polsce zachęcam do udziału w zbiórce:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto.
Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i
bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

"W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami
dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych
"Tęczowy Music Box" i "co jest grane?" oraz podopiecznymi fundacji
"Tęcza", stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie
pojawiające się na mój temat "rewelacje" oparte są na pomówieniach
jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić.
Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez
większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety,
w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty
pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w
stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej
przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała
kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi czynów nie jest
mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok –nie zostałem w nim
przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej jako podejrzany. O
toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że została w nim
przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też wyraźnie
podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów nikt nie
podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak wygląda cała
historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w podeszłym wieku i złym
stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie oszczerstwa dodatkowo
ten stan pogarszają, podważając mój dorobek zawodowy i artystyczny oraz
godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim jednak sprawa ta odbija się
fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją żonę i córkę. Staliśmy się
obiektem bezpośrednich ataków ze strony obcych nam osób, godzących w
naszą prywatność i poczucie bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej
sprawie oceniam jako skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu
sensacji posunęły się one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły
do ataku na całą moją rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę
zarówno do mediów, które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które
dopiero planują dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego
szkalowania mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do
tego procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z
organami ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w
wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i
osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia
swojego imienia i dorobku.”


Media próbowały kryć pedofilię w show-biznesie!

„Gazeta Wyborcza” prawie rok czekała ze „śledztwem” w sprawie pedofilii Sadowskiego. Specjalizujący się w dziennikarstwie śledczym „Oko.Press” mógł tekst o tym zrobić już w maju. „Fakt” próbowałem namówić w czerwcu. Wcześniej sygnały dostawały też inne media, ale były mniej konkretne, więc ich nie oskarżam. Gdyby nie nieszablonowe działania, ten temat może nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Sprawa pedofilii Krzysztofa Sadowskiego, znanego muzyka jazzowego, dawnego współpracownika telewizji (współtwórcy popularnych programów muzycznych dla dzieci: „Tęczowy Music-Box” dla TVP oraz „Co jest grane?” dla Polsatu), osoby niezwykle wpływowej, rośnie do rangi megaafery. Codziennie pojawiają się nowe informacje i newsy. Zgłosiło się do mnie już ponad 20 ofiar i kilkudziesięciu świadków wnoszących bardzo dużo do sprawy.

Z ich
zeznań wyłania się obraz wyrachowanego, znakomicie zorganizowanego
seryjnego pedofila, który przez lata dokonywał niemal notorycznego
molestowania, a także gwałtów na dzieciach oraz doskonalił system
doboru ofiar i budował przeróżne parasole ochronne, żeby nikt nie
był w stanie go dopaść, oskarżyć, zrealizować skuteczne
śledztwa. Doszło do absurdalnej sytuacji, że już od 20 lat w
środowiskach artystycznych o pedofilii tego wielkiej sławy jazzmana
wiedzieli „prawie wszyscy”, ostrzegano przed nim dzieci,
żartowano okrutnie z krzywdy nieletnich, dyskutowano w kuluarach, a
prawie nikt nie reagował (choć byli odważni, o których niedługo).
Dziś wszyscy „winni” braku reakcji mówią: „nie wiedzieliśmy,
że to aż tak”, „trudno wierzyć w plotki”, „inni też nic
nie zrobili”. Jak to możliwe?

Muzyk elitarny

Krzysztof Sadowski to człowiek ogromnie wpływowy. Budował relacje latami w różnych środowiskach. W latach 80-tych jeździł na kontrakty zagraniczne do Norwegii i do Syrii, przyjaźnił się z wieloma artystami, aktorami, reżyserami, księżmi, występował w kościołach z jednej strony i dla przedstawicieli komunistycznej władzy z drugiej.

Jego dobrym znajomym jest m.in. Krzysztof Karpiński, były prezes sądu apelacyjnego w Warszawie, nazywany czasem sędzią-celebrytą z powodu małżeństwa z prezenterką Jolantą Fajkowską, także jazzman z zamiłowania. Występował wspólnie z Sadowskim, obaj są bohaterami książki o jazzie autorstwa Jolanty Fajkowskiej. Według moich źródeł ich relacje z panem Sadowskim były bardzo bliskie. Karpiński był też wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, kiedy szefował nim Sadowski. Dziś PSJ stanowczo odcina się od opisywanych skłonności Sadowskiego i żąda ich bezzwłocznego wyjaśnienia.

To zdjęcie o niczym nie świadczy. Jednak dziś powinno się wyjaśnić wszystkie wątki sprawy pana Sadowskiego

Drugim bardzo wpływowym znajomym Krzysztofa Sadowskiego jest profesor Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, były prezes Instytutu Lecha Wałęsy, wieloletni sędzia, senator, były wiceminister spraw wewnętrznych. Także bardzo dobry jazzman.

Oczywiście żadnego z tych niewątpliwych autorytetów, wybitnych prawników i muzyków nie oskarżam o współudział czy pomaganie sprawcy, krycie go lub jakiekolwiek działania bezprawne. Nie jest żadną winą mieć znajomych. Mieli po prostu wspólne pasje artystyczne. Ale czy naprawdę nic do nich nie dochodziło, skoro w środowisku „huczało”? Nie docierały choćby żadne „dygresje” czy „żarciki”? Czy sam fakt posiadania takich „znajomości” nie mroził śledczych czy prokuratorów, kiedy np. w 1992 r. podejmowali pierwsze śledztwo z zawiadomienia mamy 10-letniej Ewy Gajdy? Czy czynione mamie Ewy sugestie, żeby odpuścić, rzeczywiście były motywowane jedynie troską o dobro dziecka? Czy pozycja i ranga artysty nie torpedowały działań operacyjnych policji, które na pewno powinny zostać podjęte już dawno? Czy wreszcie takie znajomości nie miały wpływu na brak zainteresowania sprawą dziennikarzy śledczych, których jeden z muzyków próbował zainteresować pedofilią Sadowskiego już dziesięć lat temu?

Postaram
się to wszystko ustalić.

- Trudno mi tę sprawę komentować. Dla mnie to jest ogromne zaskoczenie. Nie powiem, żebym jakoś bardzo blisko był z Panem Krzysztofem Sadowskim. Znam go oczywiście wiele lat. Poznałem go chyba w 1974 r. w środowisku jazzowym, ale nigdy mi nic nie mówiło takiego, że za tym może się kryć jeszcze jakaś inna jego twarz. Dla mnie to też jest szok – mówi Jerzy Stępień.

Z
Krzysztofem Karpińskim nie udało mi się skontaktować. Będę
oczywiście próbował i w każdej chwili zamieszczę jego komentarz
do tej sprawy. Podkreślam, że nic mu w tej chwili nie zarzucam! Mam
nadzieję, że rozmowa z nim dużo wniesie do poznania przypadku pana
Sadowskiego, a także do wyjaśnienia roli w całej sprawie Polskiego
Stowarzyszenia Jazzowego.

Podobnie nic nie zarzucam środowisku Prawa i Sprawiedliwości. Fakt, że Krzysztof Sadowski był członkiem społecznego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego nie ma dla tej sprawy żadnego znaczenia. I nigdy bym tych nazwisk nie wymieniał (bo cóż one winne), nigdy nie zastanawiał się, kto i co wiedział, gdyby Pan Sadowski został postawiony przed sądem w 1992 r. albo później, kiedy jego sprawy nie były przedawnione.

Ale nie został, a wobec najnowszych faktów i tego, jak ta sprawa jeszcze do niedawna była wyciszana, torpedowana, manipulowana, ukrywana, należy bardzo stanowczo poprosić o szczególny nadzór nad nią Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobrę. To nie jest sprawa polityczna, powinna być realizowana ponad podziałami. Bo przecież chodzi o sprawiedliwość i dobro dzieci. Prawda, Panie Ministrze?

Bardzo proszę o kontakt wszystkich, których naciskano w sprawach Krzysztofa Sadowskiego! Którzy próbowali reagować, a im nie pozwolono. Zapewniam anonimowość i bezpieczeństwo.

Umorzone śledztwa

„Duży Format” właśnie opublikował w internecie reportaż Izy Michalewicz o 2 ofiarach Krzysztofa Sadowskiego. Reportaż wstrząsający, pełen intymnych szczegółów, literacko bardzo dobry, znacznie warsztatowo lepszy niż wszystkie moje teksty. Bo też moje materiały to tak naprawdę wciąż research do przyszłego filmu i książki. Wszak jestem tylko blogerem, który wcale nie chciał wracać do dziennikarstwa i nigdy by do niego nie wrócił, gdyby nie postawa mediów w tej niezwykłej sprawie. I byłbym z tego materiału bardzo zadowolony, nawet mimo niemal całkowitego pominięcia mojej roli w nagłośnieniu sprawy.

„Gazeta Wyborcza” jednak, zamiast opublikować newsowy materiał o kryciu pedofilii w show-biznesie, zaprezentować już dokonane ustalenia (jest ponad 20 ofiar), zadać pytania wszystkim stronom, postanowiła skupić się na urywku sprawy, ujawnić tajemnice śledztwa i intymne opisy seksu z dziećmi (po co? Żeby szokować, nakręcić sprzedaż?) skupiając się wyłącznie na 2 ofiarach, które złożyły zawiadomienie do prokuratury.

Moim
zdaniem taki artykuł może to śledztwo storpedować. Dlaczego w tym
tekście nie ma akcentu na działania prokuratury, która początkowo
odmówiła wszczęcia śledztwa, co jest ogromnym skandalem i powinno
być nagłaśniane jako news! (ja tego nie zrobiłem, choć o tym
wiedziałem, bo od wielu dni czekam na odpowiedź prokuratury w tej
sprawie)?

Dlaczego „Gazecie Wyborczej” nie zależy na wyjaśnieniu sprawy, tylko na sprzedaży prenumeraty (tekst był dostępny w sieci tylko po wykupieniu prenumeraty i mimo apelów internautów tego nie zmieniono)? Droga Gazeto, ja pracuję nad tą sprawą od roku nie pobierając za to żadnego wynagrodzenia. Ostatnie tygodnie to praca ponad siły z weryfikacją informacji, żebyście także wy mogli z tego skorzystać. Za darmo. A wy na to: kupcie naszą prenumeratę?

Dlaczego wreszcie „Gazeta Wyborcza” pisze o tym dopiero teraz, choć o sprawie wiedziała od jesieni 2018 r.? Prezentuję korespondencję z Panią Izą, oceńcie sami, komu na czym tu zależy. Pani Iza twierdzi, że o sprawie wie już dawno, ale nic nie robiła, bo czekała na zgodę ofiar. A inne ofiary? A przeprowadzenie niezależnego śledztwa dziennikarskiego? Jeśli Pani nie jest dziennikarką śledczą, dlaczego nie dała Pani tego osobom zajmującym się taką działką ze swojej redakcji? Świetnie Pani pisze, Pani Izo, tekst jest znakomity, ale tutaj nie chodzi o tekst, o laury, tylko o wyjaśnienie 40 lat krycia zorganizowanego pedofila.

Gdyby jeszcze to był jedyny przypadek, bym odpuścił. W końcu dziennikarze powinni się wspierać. Ale mur milczenia napotkałem już znacznie wcześniej, w zasadzie też na jesieni 2018, ale w mediach głównego nurtu od maja. W maju próbowałem nakłonić do zajęcia się tematem dziennikarza Oko.Press, śledczego portalu sympatyzującego ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Oto dowody.

Potem był jeszcze „Fakt” (prezentuję screeny z korespondencji)

Gdy
zapytałem znajomego dziennikarza, o co chodzi, dlaczego tak się
dzieje odparł:

- Wiesz, wszyscy się boją, że odwrócisz uwagę od pedofilii w kościele. Czas twoich publikacji jest fatalny. Wszyscy się zastanawiają w kogo to jeszcze uderzy. Trzeba było odczekać rok, może by to poszło – odparł.

Hm, poczekać rok, może by poszło... bo trzeba bardziej grillować księży i kościół? Tylko czy naprawdę o to chodzi? Czy nam w ogóle chodzi o skończenie z tolerancją dla pedofilii? Wszyscy, którym opowiadam o tej sprawie mówią: „zabiłbym”, ale przecież nie chodzi o zabijanie ludzi, tylko o uniemożliwienie kontaktu z dziećmi osobom z autorytetem, które mogą go wykorzystać do osaczenia dziecka. W każdym środowisku.

Krzysztof Sadowski, konsekwentnie zaprzecza (przez pełnomocnika i dla innych mediów), nie oddzwania do mnie, nie odbiera moich telefonów. Pani Iza nie chciała mi udostępnić maila do niego, więc cytuję za "Gazetą Wyborczą":

„Oświadczam, że nieprawdą jest, abym molestował lub zgwałcił kogokolwiek. Basię znam bardzo dobrze. Przez wiele lat wspierałem ją zarówno finansowo i rzeczowo, jak i w życiu codziennym. Przez lata była ona częstym gościem w naszym domu. Nieprawdą jest, że oferowałem jej »pieniądze za milczenie«. W 2017 roku poprosiła mnie o duże wsparcie finansowe (początkowo 200 000, potem 100 000 złotych), wyjaśniając mi, że z uwagi na swój stan zdrowia nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie i musi stanąć na nogi, a z uwagi na mój stan zdrowia (chorowałem wówczas na raka) obawia się, czy będę w stanie wspierać ją regularnie mniejszymi kwotami, co robiłem już wcześniej. Początkowo byłem skłonny spełnić jej prośbę. Ostatecznie uznałem jednak, że oczekiwania Basi są zbyt daleko idące, i odmówiłem ich spełnienia. Wpływ na to mogło mieć też to, że pokonałem chorobę i uznałem, że mogę dalej wspierać ją w dotychczasowej formie. Jednak po mojej odmowie Basia zerwała relacje ze mną.

O skierowaniu przez nią oskarżeń w stosunku do mnie o molestowanie i gwałt dowiedziałem się dopiero z artykułów w mediach w sierpniu br. Wcześniej dowiedziałem się o toczącym się postępowaniu karnym, gdyż przesłuchano w nim moją byłą żonę. Jednak nie będąc stroną ani świadkiem w tej sprawie, nie miałem wiedzy o treści zarzutów formułowanych w stosunku do mnie” - czytamy w "Gazecie Wyborczej".

W podobnym tonie wypowiada się Liliana Urbańska, żona Krzysztofa Sadowskiego:

"Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc" - powiedziała mi Liliana Urbańska na tydzień przed publikacją pierwszego tekstu na ten temat. Potem konsekwentnie w mediach utrzymywała, że to pomówienia jednej chorej psychicznie osoby.

Sprawa jest bardzo poważna, wielowątkowa i trzeba ją wyjaśnić w całości, każdy wątek. Liczę na pomoc mediów, ale pomoc uczciwą, a nie torpedowanie moich działań i śledztw. Każdy, kto chce wspomóc produkcję filmu na temat krycia pedofilii w Polsce (we wszystkich środowiskach), może to zrobić tu:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Wszystkie
moje teksty i filmy w tej sprawie będą zawsze dostępne w
internecie za darmo.


Horror dzieci z "Tęczy"

Jak to możliwe, że w show-biznesie przez kilkadziesiąt lat funkcjonował wpływowy, zorganizowany, przebiegły, wyrachowany i brutalny pedofil? Jak to możliwe, że przez 40 lat nikt nie postawił go przed sądem? Jak to możliwe, że tematem, który za chwilę wstrząśnie światem, będzie cytowany i omawiany przez największe telewizje, tak mało interesują się polskie media? Jak to możliwe, że wszyscy milczeli?

To chyba największa ujawniona afera pedofilska, jaka miała miejsce w Polsce, a kto wie, czy nie jedna z większych na świecie. Poszkodowanych są prawdopodobnie setki dzieci, choć tych „bardziej” na razie wysłuchałem kilkanaście. W teczce z dowodami mam 21 nazwisk. W części są to znane publicznie osoby, dlatego muszą pozostać anonimowe i nigdy nie może się to przedostać do tabloidów.

Wkrótce usłyszycie o tej ponurej historii w CNN, BBC i wszystkich innych najważniejszych telewizjach na świecie. To afera budząca skojarzenia z dramatami, o których powstają historie hollywoodzkie na faktach. O tej też powstanie, bo jest tak nieprawdopodobna i niezwykła, a jednocześnie niebywale emocjonalna i wstrząsająca. Wierzcie mi, materiał dowodowy jest tak porażający, że za kilka lat film na kanwie naszych wspólnych (bo bez was, bez internautów, nic bym nie zdziałał!) ustaleń nakręci ktoś pokroju Paolo Sorrentino, Quentina Tarantino czy Davida Finchera. Historia perwersyjnego polskiego jazzmana jest bowiem bardzo mroczna i dramatyczna.

Poniższy materiał dowodowy jest tylko częścią z zebranego do tej pory. Chciałem na razie go nie ujawniać, zebrać w całości, dokładnie zweryfikować, opracować, przekazać do prokuratury, a potem nakręcić na jego podstawie reportaż lub film dokumentalny, napisać książkę. Ponieważ jednak Krzysztof Sadowski wydał oświadczenie, w którym twierdzi, że oskarża go jedna osoba, „chora psychicznie”, przez co znów uderzył w ofiary, które straciły część wiary w jego osądzenie i sprawiedliwość po latach, to zobaczcie tę jedną osobą. Próbowałem dzwonić do Sadowskiego na dwa numery telefonu, nie odebrał. W każdej chwili zamieszczę jego odpowiedź czy też polemikę, nawet jeśli nie będzie tam prawdy, ale proszę o ustosunkowanie się do tego wszystkiego a nie twierdzenie, że jest 1 osoba "chora".

Przy czym prawdopodobnie wśród moich źródeł nie ma tych dwóch dziewczyn, które zgłosiły rok temu sprawę prokuraturze. One jeszcze do mnie pod nazwiskiem nie napisały, a ja nie znam akt ani szczegółów doniesienia (o śledztwie dowiedziałem się od żony sprawcy, gdy ją poprosiłem o komentarz do moich ustaleń). Ale do rzeczy.

Oskarżam osobę publiczną, autorytet!

Oskarżany o pedofilię jest jak już wiecie Krzysztof Sadowski, wpływowy muzyk, współtwórca programów telewizyjnych („Co jest grane” - emitowany w Polsat, „Tęczowy Music-Box” - emisja w TVP), były prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, współorganizator Jazz Jamboree, pedagog, który pracował z tysiącami dzieci, znajomy bardzo wpływowych osób w sądownictwie, polityce, środowiskach twórczych. Autorytet, osoba publiczna, co sprawia, że koniecznie trzeba ostrzec rodziców dzieci.
 Przez lata wyszukiwał ofiary wśród najmłodszych, molestował je seksualnie, głaskał, łaskotał, wkładał rękę w majtki, ściskał „za kolanko”, udo, namawiał do płatnego seksu, w końcu znajdował tak niezdolne do oporu ofiary, że rozpinał rozporek i je gwałcił. Osaczał i utrzymywał nad nimi kontrolę przez wiele lat. Ile prób było nieudanych? Ile dzieci, którym nie podobał się „zły dotyk” uznało, że nic takiego się nie stało?
Ofiary były w wieku od 10 do 15 lat. Czasem spodobała mu się jakaś siedemnastolatka. Do seksu zmuszał dziewczyny w dwóch samochodach (niebieskim i czerwonym), w piwnicy, w pokoju z pianinem, w siedzibie Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego na Chmielnej 20 (dziś siedziba Jazz Jamboree), w swoim mieszkaniu na Wiejskiej z widokiem na Sejm, w pokojach wynajmowanych na warsztaty i wycieczki z młodzieżą, internatach, bursach. Starał się wyszukiwać osamotnione dzieci z biednych lub niepełnych rodzin, ale nie były bezpieczne także te z bardzo wpływowych rodzin przyjaciół Sadowskiego i jego żony. Jedna osoba mogłaby kłamać, dwie-trzy mogłyby się zmówić, ale 21? Nieznających się, pracujących w różnych środowiskach, także bliskich Sadowskiemu osób?

Poza kobietami (dziś dorosłymi, wówczas dziećmi) zgłosiło się dwóch mężczyzn. Pierwszego molestował we wczesnych latach 80-tych po koncertach poezji śpiewanej Jana Pawła II w kościołach. Drugi był kimś bliskim (niestety chroniąc tę osobę, nie mogę napisać więcej). Obaj mężczyźni do dziś to pamiętają, mimo że są ludźmi sukcesu, dużo w życiu osiągnęli. Poza nimi zgłosiło się 19 kobiet. Część kobiet i jeden mężczyzna zgodzili się złożyć zeznania w sądzie. Chcą spojrzeć sprawcy w oczy.

Jestem osobą odpowiedzialną, wiem, jaką burzę wywołałoby podanie nazwisk osób publicznych, więc nigdy nikt ich nie pozna, niestety także prokuratura. Chroni te osoby tajemnica dziennikarska i koniec. Ale mam wystarczająco dużo relacji, by przekonać prokuraturę do zajęcia się sprawą pedofilii Sadowskiego naprawdę na poważnie, pod nadzorem prokuratora generalnego, o co niedługo zaapeluję w liście otwartym. Powinien powstać specjalny zespół śledczy do zbadania całości tej wielowątkowej sprawy, bo pojawia się w niej kontekst polityczny, finansowy, lobbystyczny, prawny, dziennikarski, a dodatkowo mamy do czynienia z osobami z pierwszych stron gazet. Sprawa jest absolutnie wyjątkowa i wymaga reakcji na najwyższych szczeblach. To kwestia też wizerunku całego naszego kraju na świecie.

Od razu uprzedzę krytyków, dlaczego nie doniosłem jeszcze do prokuratury: bo wszystkie dowody w moim posiadaniu dotyczą przestępstw przedawnionych i to nie ja jestem od stawiania zarzutów karnych. Ja jestem dziennikarzem opisującym mroczne tajemnice domu przy ulicy Raniuszka (siedzibie fundacji Tęcza, w której piwnicy dochodziło do największych zbrodni). Chcę przekazać opinii publicznej, co ustaliłem, bo osoba publiczna, autorytet, działacz społeczny nie może uznawać gwałcenia i molestowania dzieci za „sprawy prywatne”. Ta „prywata” zniszczyła życie dziesiątkom osób.
 
„Gdy przekroczyłam próg tego domu, moje życie się skończyło” - napisała do mnie jedna z informatorek.

Jestem gotów zeznawać w każdej chwili. Są osoby, które czekają na sprawiedliwość od 27 lat, kiedy wniesiono pierwsze oficjalne doniesienie w tej sprawie.

Można było zatrzymać horror w 1992 r.

Ewa Gajda miała dziesięć lat, gdy z innymi koleżankami z muzycznego zespołu „Tęcza” pojechała na wakacyjny obóz do Kielc. Na obóz pojechało co najmniej kilkanaścioro dzieci. Normą było sadzanie ich sobie na kolanach, łaskotanie i żartowanie w ten sposób przez Krzysztofa Sadowskiego. Grzeczne dziewczynki nagradzał słodyczami, pochwałami. Niby nic złego? Przecież działo się to na oczach żony.
Ale pewnego dnia Ewa została w internacie z jeszcze jedną koleżanką, a reszta zespołu pojechała na wycieczkę. Z dwoma podopiecznymi został sam Krzysztof Sadowski. Gdy Ewa wracała z sali zabaw, na korytarzu spotkała Krzysztofa Sadowskiego.
„Zaprosił mnie do swojego pokoju, położył na łóżku, a potem dotykał po całym ciele, aż włożył rękę w majtki. Kiedy rozpiął swój rozporek, krzyknęłam i uciekłam. To nie był pierwszy raz, kiedy mi się to dotykanie nie podobało. Wcześniej przytulał mnie w jaskini Raj. Byłam przerażona i chciałam jak najszybciej wrócić. Dlatego odwieziono mnie do domu przed zakończeniem obozu. Od razu powiedziałam mamie, co się stało” - opowiada po latach Ewa Gajda.
Mama 21.07.1992 r. złożyła doniesienie na policję.
„Najpierw pojechałam na nasz lokalny komisariat, ale jak usłyszeli jaka to sprawa wysłali mnie na Malczewskiego do komendy rejonowej” - opowiada mama Ewy.
Wszczęto dochodzenie. Gdyby zostało przeprowadzone profesjonalnie, dziś Krzysztof Sadowski byłby po wyroku i może nie doszłoby do tylu tragedii. Ale policja, choć przesłuchała dziewczynkę przy udziale biegłego psychologa, tak prowadziła rozmowę, że ofiara była mocno wystraszona.
„Dopytywali się o daty, kiedy coś się stało. Jak ja, dziesięciolatka, miałam pamiętać dokładnie, którego dnia to się stało? Jak dopytywali, podali jakąś datę to w końcu przytaknęłam i oni to wstawili. Ale w ogóle to były straszne osoby, ja się ich bałam” - mówi Ewa.
Pomyłka ze wskazaniem daty zdarzenia przesądziła o umorzeniu dochodzenia wobec niedostatecznych dowodów na zaistnienie przestępstwa.
„Zeznania małoletniej Ewy Gajdy nawet mimo pozytywnej ich oceny z punktu widzenia psychologicznego przez biegłą psycholog – mgr Marię Kubalską-Grodzicką – są niewystarczającym dowodem na zaistnienie przestępstwa” - czytamy w uzasadnieniu umorzenia.

- Nie pamiętam tej sprawy, ale jeśli była tylko jedna ofiara, nie było świadków, to jest to bardzo trudne do udowodnienia i większość spraw jest umarzanych. Wtedy było bardzo dużo takich spraw w tym komisariacie, dotyczyły różnych kolonii – mówi Maria Kubalska-Grodzicka.
Ewa do dziś to przeżywa, miała pretensje do mamy, że nie wykazała determinacji do ścigania sprawcy, choć ta zrobiła najwięcej ze wszystkich mam i ojców, którzy dowiedzieli się potem o molestowaniu dzieci.
- Oni mnie wprost ostrzegli, że w sądzie dziecko będzie musiało stanąć naprzeciwko sprawcy i powtórzyć zeznanie, że może być tak, że dziecku nikt nie uwierzy, a ja wiedziałam, jakie to może mieć dla Ewy konsekwencje – wspomina mama Ewy.
Obie kobiety nigdy nie zapomną tej sprawy, przyczyniła się ona do wielu ich wyborów w przyszłości.
Do dziś o tej sprawie nie może zapomnieć też Kasia, uczestniczka tego samego obozu w Kielcach. Ma wyrzuty sumienia, że nie znalazła dość odwagi, by potwierdzić zarzuty Ewy.
„Kazali mi na dorosłym człowieku pokazać, gdzie mnie dotykał, więc się wszystkiego wyparłam” - pisze Kasia. - „U mnie było tak, że najpierw brał mnie na kolana i głaskał, potem zaprosił do nocowania u nich w domu (wtedy dzieci tam często nocowały). Tam był taki mały pokoik z widokiem na ogród, z jego keyboardem i tapczanem, pracował tam. Tam mnie położył spać, usiadł na łóżku, wkładał ręce pod kołdrę i dotykał, głaskał. Dość szybko się wyrwałam jak oparzona, wyszedł. Nie zrobił mi nic przemocą - dlatego długo myślałam, że nie mam żadnych podstaw, żeby go o cokolwiek oskarżyć. Rano obudziłam się w pustym domu, była tylko ich gosposia, która zrobiła mi śniadanie i posyłała do domu. Nigdy więcej mnie nie zaprosił na nocowanie, ale były dziewczynki, które nocowały regularnie. To samo robił na obozie wyjazdowym do Kielc, kiedy pojechaliśmy na festiwal, przychodził co wieczór i dotykał nas pod kołdrą. Kompletnie nie pamiętam chronologii, czy najpierw było nocowanie czy te Kielce. Wiem, że inne dziewczynki dotykał bardziej, ja po kilku pierwszych razach od razu uciekałam z pokoju, kiedy do nas przychodził i odczekiwałam sporo czasu, nim wracałam. W porównaniu z innymi rzeczami - to mało. A ja i tak to pamiętam po 25 latach.” - relacjonuje. Do dziś co jakiś czas sprawdzała w Google, czy pojawiły się doniesienia o pedofilii Sadowskiego. Prawie wszystkie ofiary mówią to samo: „sprawdzaliśmy, kiedy w końcu pojawi się informacja >>Sadowski pedofil<<”. Żadna z nich nigdy od Sadowskiego nie chciała pieniędzy!

Po całej sprawie zespół „Tęcza” podobno się rozpadł na jakiś czas. Być może plotki dotarły do telewizji, gdyż Sadowski zniknął po 1992 r. z „Tęczowego Music-Boxu”. „Tęczę” w programie telewizyjnym zastąpiły „Chochliki”, doszło do sporu pomiędzy właścicielami praw, a Sadowski zaczął organizować koncerty muzyczne pod nazwą Tęczowy Music-Box” (był to już inny program niż ten telewizyjny), a jakiś czas później dogadał się z Polsatem na realizację formatu „Co jest grane?” „Tęcza” działała dalej. Sprawa przycichła.

Wcześniejsze przestępstwa

Według jednej z osób, która się do mnie zgłosiła, sprawca molestował już w latach siedemdziesiątych. Zbyt mało mam danych, by móc zweryfikować tę informację, dlatego nie podaję szczegółów miejsca i nazwisk zamieszanych osób – do molestowania miało dojść na działce pod Warszawą należącej do znanego sportowca, olimpijczyka, medalisty olimpijskiego. Molestowana dziewczynka miała piętnaście lat.
„Byłam dzika i narobiłam rabanu, więc zostałam tylko wymacana” - napisała kobieta.
Drugi chronologicznie (zgłoszony do mnie) przypadek to wczesne lata 80-te. Molestowany chłopiec z podstawówki, syn organizatorów koncertów poezji śpiewanej Jana Pawła II, 47-letni dziś Piotr, menedżer pracujący w dużych korporacjach głównie za granicą (USA, Szwecja). Spotkaliśmy się, opowiedział mi całe zdarzenie (opisałem je wcześniej, więc nie będę powielał, w skrócie: Sadowski przyszedł do niego w nocy do pokoju i go głaskał po miejscach intymnych), chce spojrzeć w oczy Sadowskiemu, żeby zamknąć terapię psychologiczną.
Trzeci przypadek miał miejsce w późniejszych latach 80-tych i jest najbardziej wstrząsający. Sadowski „wyszukał” sobie ofiarę w domu dziecka, 14-letnią Justynę (imię zmienione na prośbę ofiary), którą molestował i gwałcił przez trzy lata w czerwonym samochodzie, w swoim domu, w mieszkaniu na Wiejskiej. Dziewczynka skarżyła się, ale nikt nie reagował. Pani Justyna także chce zeznawać w sądzie, choć to dla niej bardzo trudne. Nagrałem wywiad z Panią Justyną, jest wyjątkowo szokujący. Znajdzie się w filmie dokumentalnym, który chcę zrobić.

„Przyprowadzał mnie do domu i gdy inne dzieci bawiły się na dole, on zabierał mnie do swojego pokoju i tam to się odbywało. Początkowo było tylko głaskanie, potem już wszystko, także gwałt” - opowiada Pani Justyna. Jest zdruzgotana, do dziś nie może tego zapomnieć. Chciała w 2016 r. złożyć doniesienie do prokuratury, zadzwoniła do Sadowskiego, ale ten odpowiedział, że może sobie składać, nikt jej nie uwierzy, gdyż jest z domu dziecka, a i tak się to przedawniło.
Sadowski być może się jednak przestraszył, bo nagle do ofiar miały się zgłaszać różne osoby z jego otoczenia, jakby próbując wyczuć, czy nie chcą donieść lub zeznawać.
„Było to bardzo dziwne, że się nagle, po tylu latach do mnie zgłosili z pytaniem: co tam słychać” - opowiada jedna z ofiar, znana osoba. Ta osoba nie zdecyduje się na złożenie zeznań w sądzie, a szkoda, bo jej relacja jest bardzo interesująca i wygląda na wyjątkowo obiektywną (pokazuje różne strony).

Ktoś w tym wszystkim popełnił błąd, bo dzięki temu ja dowiedziałem się o sprawie i zacząłem nią zajmować. Nie znałem jednak nazwiska sprawcy. Poznałem je dopiero w 2018 r.

Lawina doniesień

Dziś już wiadomo bardzo dużo o modus operandi sprawcy i jego ofiarach. Głównie dzięki internetowi, portalowi WP i serwisom plotkarskim, które nagłośniły sprawę, bo najważniejsze telewizje, także te, które korzystały z talentu gwałconych dzieci, milczały jak zaklęte. Będzie wstyd, bo sprawa na pewno zostanie nagłośniona na poziomie światowym (gwarantuję to ofiarom!).
Zaczęły się do mnie zgłaszać kolejne ofiary i świadkowie, część chce zeznawać. Wiadomo też już, że od lutego toczy się śledztwo prokuratorskie z doniesienia dwóch kobiet. Nie znam jego szczegółów, nie znam też ofiar. Napisała do mnie jednak kobieta, która zna obie dziewczyny i będzie w tej sprawie zeznawać. Jej opis jest bardzo wstrząsający, więc pomijam niektóre fragmenty (ale jaki musi być samych ofiar?):
„Nie byłam przez niego zgwałcona, ale byłam obmacywana. Ta pierwsza ofiara z domu dziecka to też jest sprawa znana w środowisku. Zaczęłam chodzić do zespołu „Tęcza”, gdy miałam 10 lat. On to wszystko robił przy ludziach, robił różne rzeczy i patrzył, czy dziecko się sprzeciwia czy nie. Wybierał, które dziecko nie ma opieki, jacy są rodzice, czy będzie im na rękę, że ktoś ich zastąpi. Brał dziewczynki na kolana, smyrał, ja nie wiem, jak to było możliwe, że to było akceptowane. Będę zeznawać w tej sprawie jako świadek. Za ofiarę się nie uważam. Owszem, to były nieprzyjemne wspomnienia, ale nie chciałam siebie widzieć jako ofiara, to jest nieprzyjemne, ale starałam się przez to przejść do porządku dziennego. Wiem, że on inne dziewczynki gwałcił. Wiem że dziewczynę (podaje imię) wykorzystywał, wtedy też to wiedziałam, ale miałyśmy po 13 lat i znikąd jakby wsparcia. Jesteśmy parę lat w zespole, nikt nie kwestionuje tego, co on robi na co dzień, więc nawet nam nie przyszło do głowy, a nawet jak nam przyszło i w pewnym momencie mówimy tej dziewczynie, że to trzeba zgłosić, co on ci robi, że dzwonimy na policję. Ona się wtedy rozpłakała i powiedziała, że nie, że ona wszystkiemu zaprzeczy, że nie przyzna się” - mówi jedna z kobiet.
„Przez wiele lat byłam w zespole Tęcza i pod opieką fundacji. Na razie poproszę o anonimowość, po powrocie jestem już umówiona z psychologiem, wtedy będę miała jasność , co dalej. Po pierwsze - dzieci NOCOWAŁY na Raniuszka. Po drugie pan Krzysztof był na naszych wszystkich wyjazdach, obozach letnich itp. Byłam w Kielcach, Nałęczowie i Czechach. Pamiętam ostatni z tych wyjazdów - miałam wtedy 11 lat. Pamiętam pod względem zachowań pana Krzysztofa. Przychodził do pokoi po zgaszeniu świateł opowiadać tzw "straszne historie" miał latarkę, podświetlał sobie nią czasem twarz, w trakcie opowiadania w "strasznych momentach", żeby niby wystraszyć nas dodatkowo wkładał ręce pod kołdry, łapał za co popadło, ja pamiętam na pewno udo... ale... jest szereg przesłanek, które każą mi sądzić, że to był rodzaj molestowania...miałam przez lata wstręt do mężczyzn w jego przedziale wiekowym, nawet do własnego ojca, nie rozmawiałam z rodzicami na ten temat, wręcz czułam się wyróżniona, kiedy brał na kolana i "łaskotał". To było jak przywilej. Jeżeli - przepraszam za wulgarność - stawał mu przy takim postępowaniu, to doskonałą miał przykrywkę - zgrywanie dobrego wujaszka. Trzęsę się od środka , kiedy to piszę, prawdopodobnie znam niektóre z tych dziewczyny. Teraz druga strona medalu: ja lata w Tęczy wspominam ogólnie jako najlepszy czas. Dzięki Tęczy zostałam muzykiem zawodowym” - pisze kobieta prosząca o anonimowość (znam imię i nazwisko oraz zawód).
Z  kolejną osobą rozmawiałem przez telefon. To osoba bardzo wiarygodna, ale niestety nie mogę w żaden sposób jej opisać, żeby zachowała bezpieczeństwo:
„Ta piwnica to nie jest taka piwnica. Dom na Raniuszki jest dwupiętrowy, jest piętro, poziom wyżej i wyjście z piwnicy na garaż. To była piwnica ze sprzętem. Tam było zimno. Dziewczynki w domu nocowały, czy w piwnicy również, nie wiem. Wydawało mi się to normalne, skoro to jest zespół. Przyjeżdżała Lilka z Krzyśkiem do nas (…) i on wtedy tak się dziwnie zachowywał. Zawsze pamiętałam, że to były łaskotki, obmacywanie, ale to były takie żarty. Jakby człowiek się nie zorientował, to by się wydawało, że to nic zdrożnego. Dopiero później mi się wydawało, że tak się nie powinien zachowywać dorosły facet. Jak byłam starsza, przestało mi się to podobać. To takie dziwne było. Był taki incydent. Byłam z mamą tam u nich, miałam ze 13 lat. Mama sobie coś grała na organach, a ja stałam sobie i patrzyłam co mama robi. On podszedł z tyłu i za mną stanął. No i nagle tak czuję, że mnie głaszcze po szyi za uchem. No ja się odwróciłam i powiedziałam: „Wiesz co, no przestań. Mi się to nie podoba.” Mamie powiedziałam, a ona: „Co ty Krzysiek robisz, przecież to jest dziewczynka, dlaczego ty ją tak głaszczesz, ty się zajmij swoją żoną.” To on się odsunął, ręce schował i mówi: o przepraszam, to takie żarty, bo ona ma takie włosy piękne do pasa, ja chciałem zobaczyć te włosy. No ale dlaczego głaszczesz po szyi? Ja sobie tego nie życzę. Stosunki pomiędzy nami się bardzo ograniczyły po tym. Któregoś dnia zaproponował, że pojedzie ze mną na bazarek. I zaproponował, że coś mi kupi. Złapał mnie za rękę i mówi, że wujek może ci więcej rzeczy kupować. Ja odpowiadam, że to fajnie wujek, że chcesz mi pomóc, na co on, że tak, tylko że w zamian powinnam się z nim przespać. Coś zdrożnego powiedział, nie pamiętam słów. Ja się oburzyłam i powiedziałam, że nie chcę, żeby się do mnie dotykał i więcej go widzieć i że wszystko mamie powiem. Poleciałam do mamy i powiedziałam, bo aż mną wstrząsnęło, obrzydzenie takie. Mówię, że mi takie propozycje składał. Mama za telefon i mówi, żeby się ode mnie odczepił, bo inaczej pójdzie na policję. Do Lilki też powiedziała, że on takie rzeczy robi, a Lilka to zbagatelizowała, no i nie jeździliśmy więcej do nich.”

Wstrząsający jest też opis muzyka, ucznia Krzysztofa Sadowskiego, który zamieścił w komentarzu pod jednym z moich tekstów opis o zdarzeniach ze swojej przeszłości (z powodu ryzyka rozpoznania osoby skrzywdzonej przez Krzysztofa Sadowskiego usunąłem opis).

Mógłbym cytować bez końca, wszystko na końcu opublikuję w książce. Jestem pewien, że opisane zdarzenia są relacjami prawdziwymi. Szczegóły się powtarzają, w tym jeden szczegół, o którym nikt nie wie poza ofiarami (nie podam go, żeby nie zepsuć śledztwa prokuratorom). To są niezwykle wiarygodne relacje i opisy.

Krycie sprawcy – całe lata zakłamania
W mojej ocenie mogę już z całą pewnością stwierdzić (a udowodnię to w filmie), że Krzysztof Sadowski był kryty zarówno przez środowisko, jak i bardzo wpływowych ludzi w Polsce. Miał wśród przyjaciół znanych reżyserów, przedsiębiorców, polityków, sędziów, adwokatów, muzyków. Oczywiście nie wszyscy musieli wiedzieć o jego patologicznych skłonnościach i go kryć, ale samo to, że miał takich znajomych mroziło z pewnością zarówno ofiary, jak i ewentualne zakusy śledczych. Pilnował, by mieć więcej przyjaciół niż wrogów. Może to jest wytłumaczenie, dlaczego przez tyle lat ta sprawa nie wypłynęła, nie stanęła na wokandzie, nie stała się przedmiotem analiz policji czy służb. A może była, tylko wpływowy pedofil jest dobrym do sterowania narzędziem? Jeśli tak, mamy bardzo niebezpiecznych przeciwników.
Weryfikuję informacje, ale z powodu dość ograniczonych możliwości pozyskiwania odpowiedzi na pytania (np. wszyscy poinformowali już o sprawie prokuratorskiej bo dostali odpowiedzi na pytania z prokuratury, a ja, choć zadałem pytania pierwszy, wciąż tych odpowiedzi nie mam) może to potrwać.
O postępowaniu Krzysztofa Sadowskiego na pewno wiedziało od dawna środowisko muzyczne i telewizyjne. Częściowo od 1992 r. a już na pewno na początku tego wieku. Jeden ze znanych muzyków przesłał mi anonim, który kolportowano po jazzmanach w okolicach 2000 r.
„kolejne skandaliczne postępowanie prezesa K. Sadowskiego na warsztatach w Puławach i w Margoninie, gdzie nawet nie kryjąc się obmacuje mlode dziewczynki, molestuje młode pianistki, kąpie się wraz z dziewczynkami w łazience w bursie dla uczniów warsztatów, wszyscy warsztatowicze o tym mówią ośmieszając w ten sposób srodowisko jazzowe, głośno i blisko zawiadomienia prokuratury było o tym już w zeszłym roku. Prezes tym jest zajęty a nie działaniem na rzecz PSJ, i nikt tu nie ponosi odpowiedzialności za decyzje podejmowane koteryjnie, a istnienie PSJ tak naprawdę nic nikomu nie daje.” - czytamy w anonimie rozsyłanym po jazzmanach.

„W ciągu ostatnich 10 lat bezskutecznie próbowałem zainteresować (tą sprawą) różne osoby m.in. 3 dziennikarzy śledczych. KS był kryty i osłaniany przez dwóch wybitnych prawników (...)” - napisał do nas jazzman.

O dziwnej zmowie milczenia przekonałem się sam. Odszedłem z dziennikarstwa prawie 10 lat temu, nie miałem ochoty wracać. Myślałem, że taki temat z pocałowaniem ręki przyjmą dziennikarze. Jakież było moje zdziwienie, gdy kolejni koledzy z różnych redakcji odmawiali albo nie reagowali na prośby o zajęcie się tą sprawą. Dlatego zdecydowałem się wrócić do dziennikarstwa, no i już pewnie tak zostanie.

Mariusz Zielke
PS.
Ten materiał powstał po ciężkiej, prawie rocznej pracy, której nie opłacała żadna redakcja. Jest za darmo. Najpierw próbowałem nagłośnić tę sprawę „pisarsko”, „literacko” - napisałem w różnej formie 4 książki, jedna z nich się ukazała. Moje teksty nie są reklamą książek, są prawdziwym, rzetelnym dziennikarstwem. Chcę zrobić film na temat krycia pedofilii w Polsce i poszukać lobby pedofilskiego, które ochrania wpływowych ludzi. Jeśli chcesz mnie wesprzeć, moje działania dziennikarskie lub film możesz dobrowolnie pomóc:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171


Krzysztof Sadowski jest pedofilem

Wiele relacji, wyznań oraz inne dowody wskazują, że były prezes
Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, zarządzający fundacjami Tęcza oraz
Jazz Jamboree, współtwórca programów muzycznych „Tęczowy Music Box”, „Co
jest grane?”, ceniony pedagog i muzyk, jest pedofilem. Żona muzyka
odpiera, że są to wymysły „chorej psychicznie osoby”, która „rozwaliła
już życie znanemu aktorowi”. Ale ofiar jest znacznie więcej.

Pisząc pierwszy tekst na temat oskarżeń wobec znanego muzyka jazzowego
byłem pewien, że zarzuty są prawdziwe, ale bałem się, że ofiary nie
zechcą mówić oficjalnie i zeznawać. To są niezwykle trudne sprawy,
wychodzą zwykle po wielu latach, są przedawnione karnie, nie mam prawa
żądać od nikogo przechodzenia przez tę traumę po raz drugi. W interesie
społecznym jest jednak ujawnienie faktów, żeby chronić potencjalne
ofiary (nie tylko tego sprawcy). Musimy rozmawiać o tym, jakie procedury
pracy z dziećmi wprowadzić, by uchronić je od molestowania. Konieczne
jest także zniesienie przedawnienia przestępstw pedofilii, bo one zawsze
wychodzą po wielu latach.
Moja pewność co do wiarygodności „oskarżeń” wynikała z tego, że znam
jedną z ofiar i jestem pewien, że nie kłamie (tym bardziej, że
zabraniała mi zajmować się tą sprawą, nie chciała nic z niej uzyskać, na
pewno nie szantażowała sprawcy, nie chce go już więcej nigdy widzieć),
słyszałem także nagranie, na którym muzyk przyznaje się do molestowania.
Widziałem ponadto dowody, że proponował ogromne pieniądze za milczenie
(200 tys. zł). Oczywiście mogły być zmanipulowane, ale wobec wielu
innych poszlak i dowodów, które zbierałem od około roku, trudno było
przejść obok tych zarzutów obojętnie, tak jak wiele innych osób
przechodziło przez 40 lat. To aż trudno zrozumieć.
Wiedziałem o trzech ofiarach. Miały być molestowane i gwałcone m.in. w
piwnicy domu Krzysztofa Sadowskiego, w jego samochodzie, w gabinecie
prezesa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, w  mieszkaniu „w pobliżu
Sejmu”, na wyjazdach i warsztatach dla dzieci. Relacje, co Krzysztof
Sadowski z tymi dziećmi robił, nie nadają się do umieszczenia w
Intertnecie, są niebywale wstrząsające. Trudno, żeby kobiety coś takiego
zmyśliły i to w takiej ilości.

„On starał się dobierać ofiary z rozbitych domów, z domów dziecka, z
przejściami, którym mógł coś załatwić, nie zawsze od razu molestował,
przygotowywał dziewczynki do inicjacji, a potem przez wiele lat
sprawował nad nimi kontrolę: załatwiał pracę, dawał pieniądze, płacił za
różne rzeczy, żeby dziewczyny były od niego uzależnione, żeby nie mogły
powiedzieć prawdy” - mówiła mi jedna z ofiar.

Dziś wiem o wielu innych przypadkach. Dodatkowo mam bardzo dużo sygnałów
o tym, że środowisko kryło patologiczne skłonności i zachowania swojego
przyjaciela. Są też doniesienia, że w latach 90-tych rodzice
krzywdzonych dzieci wymusili prowadzenie śledztwa, ale zostało ono źle
przeprowadzone i winy wówczas nie udowodniono.

„Pamiętam jak w latach 90-tych kilka mam dzieci z Tęczy chciało go
zgłosić, było jakieś dochodzenie. Koszmarnie to przeprowadzano. Kazali
mi pokazać na dorosłym człowieku gdzie on mnie dotykał. Ja, dziecko,
miałam dotykać dorosłego człowieka tak jak on to robił. Przecież
oczywiste że się wyparłam i zaprzeczyłam. Spaliłabym się ze  wstydu,
żeby coś takiego zrobić. I wtedy to upadło. Naprawdę trudno mi uporać
się z tymi emocjami, które teraz mam” - relacjonuje jedna z dziewczynek
(imię i nazwisko do mojej wiadomości)

„Pana Sadowskiego poznałam jako dziecko, kiedy przyjechał na dziecięce
warsztaty jazzowe w Margoninie. Pojawiał się tam jako "wizytator" z
ramienia PSJ. CAŁE środowisko muzyczne, jazzowe, wiedziało kto to jest i
co robi. Wychowawcy i opiekunowie, kiedy tylko on się pojawiał na
horyzoncie zabraniali nam chodzić z nim samemu, zostawać z nim samym,
rozmawiać, zbliżać się. Kazali bardzo uważać. Uczulali starsze dzieci na
to, żeby uważali na młodsze. Byłam przerażona. Widziałam co próbował
robić. Ale opiekunowie zawsze reagowali. Biegali wtedy wokół nas. Albo
coś się tam wcześniej wydarzyło albo ktoś ich uprzedził.
O tym wiadomo było od dawna. To nie była żadna tajemnica. Dziwię się tylko że to dopiero teraz wypłynęło.
Przyznam, że kilka lat temu szukałam jakiś informacji o tym, czy ma
postawione jakieś zarzuty. Był to pedofil, o którego istnieniu i
skłonnościach wiedzieli wszyscy. Ale były to czasy kiedy ten temat nie
funkcjonował nigdzie. Nie mówiło się o tym. Jestem wdzięczna opiekunom,
że pilnowali jego i nas. Że zwracali uwagę na to, żeby nie zabrał żadnej
dziewczynki samej, choć widziałam ze próbował wielokrotnie. Nie wiem
czy kogoś skrzywdził. Wiem że wszystkie dzieci się go bały” - napisała
do mnie informatorka (nie anonimowo).

To początek wielkiego dziennikarskiego śledztwa w sprawie pedofilii i
molestowania w środowiskach artystycznych. Nie odpuszczę tego tematu.

Według moich informacji i relacji ofiar, Krzysztof Sadowski molestował nie tylko dziewczynki, ale też chłopców.

„Było to na początku lat osiemdziesiątych, byłem w podstawówce, nie
pamiętam w której dokładnie klasie, ale raczej w klasach niższych. Moi
rodzice organizowali wieczory artystyczne, w tym śpiewanie poezji Jana
Pawła II w kościołach. Występowało na nich wielu znakomitych aktorów i
muzyków, w tym Krzysztof Sadowski, który chyba grał na organach. Po
koncertach księża organizowali przyjęcia i kolacje. Pewnego dnia rodzice
wraz z aktorami i muzykami poszli na takie przyjęcie, a pan Sadowski
został ze mną
tam, gdzie spaliśmy (nie pamiętam dokładnie jaka to była kwatera). W
nocy wślizgnął się do mojego pokoju i zaczął mnie głaskać w miejscach
intymnych. Zmroziło mnie. Nie byłem w stanie się poruszyć czy
zaprotestować. Szeptał coś do mnie i mnie dotykał. Był to typowy
scenariusz, mówił ze będzie to nasza tajemnica i że mam nikomu nie
mówić. Czekałem, nie będąc się w stanie ruszyć, aż wyjdzie. Nie zgwałcił
mnie. W moim przypadku zadziałał bardzo silny mechanizm wyparcia.
Właściwie nie myślałem o tym a
wspomnienie tego podłego aktu przemocy wobec mnie było schowane przez
mój mózg bardzo głęboko. Jestem normalny, mam udane życie zawodowe i
rodzinne. Nie powiedziałem tego nikomu, przez lata tkwiło to głęboko
ukryte we mnie. Aż przypomniało mi się, gdy zobaczyłem w telewizji
występ córki pana Sadowskiego. Wtedy to wróciło, bo nazwisko wciąż
pamiętałem. W końcu udałem się na terapię do psychologa i ona się
zorientowała, że coś ukrywam. Wyciągnęła to ode mnie, a kiedy
powiedziałem, że chodzi o pana Sadowskiego, pani psycholog stwierdziła,
że słyszała, iż jest to tzw tajemnica poliszynela w środowisku.
Próbowałem go odnaleźć by finalnie zamknąć ten rozdział konfrontując się
z nim twarzą w twarz – nie udało mi się go znaleźć, ale dziś spróbuję
jeszcze raz. Będzie to ostatni krok po zakończonej terapii. Jestem gotów
do konfrontacji i do potwierdzenia tego w sądzie” - mówi 47-letni Piotr
(podał pełne nazwisko), wysokiej klasy menedżer pracujący przez
kilkanaście lat w zagranicznych korporacjach.

„Ja do tego skurczybyka zadzwoniłam trzy lata temu, powiedziałam mu, że
chcę to zgłosić, a on na to, że mogę to zrobić, bo i tak nikt mi nie
uwierzy, bo ja jestem z domu dziecka. Nie wiedziałam, że były inne.
Miałam czternaście lat jak mnie wyłowił na lekcjach chóru,
przygotowywał, a potem przez cztery lata molestował. To było w latach
osiemdziesiątych. Zabierał mnie na wyjazdy, miał kawalerkę naprzeciwko
Sejmu, do seksu zmuszał mnie też w czerwonym samochodzie. Nie spałam
całą noc, jak przeczytałam tekst w internecie” - mówi kolejna ofiara
(nazwisko i imię znane, jest gotowa zeznawać)

„Byłam w zespole Tęcza. Dziś mam 37 lat. Co jakiś czas wracały do mnie
myśli o tym, co się działo w Tęczy. Kilka miesięcy temu napisałam do
(...) z prośbą o poradę. Choć nie wyjawiłam jej nazwiska, ona sama się
domyśliła, o kim mówię i wspierała mnie, żebym się odważyła o tym
powiedzieć. Wtedy zrezygnowałam z odzywania się, bo nie mam kontaktu z
nikim z Tęczy i bałam się, że w mój pojedynczy głos nikt nie uwierzy.
Dziś zobaczyłam, że pan o tym napisał i ścisnęło mi się serce, tętno mi
skończyło. Boże. Dziękuję. Wrzucam ten skrin, żeby wiedział Pan, że
mówię prawdę. Wszystko się we mnie trzęsie, jestem bardzo szczęśliwa” -
dodaje kobieta, którą cytowałem wyżej (we fragmencie o rzekomym
dochodzeniu policji).

„Nie wiem co napisać, ale gdy przeczytałam nagłówek, wiedziałam o kogo
chodzi. Pana Sadowskiego poznałam podczas Old Jazz Meeting, jego
zachowanie wobec mnie jako małej dziewczynki było bardzo niestosowne, na
szczęście nie doszło do rzeczy, z którymi trudno mi byłoby się uporać,
ale czułam przez te lata, że nie byłam jedyna, nie wierzę że nikt
dookoła nie wiedział (…) Szkoda, że sprawiedliwość przyjdzie tak późno,
kiedy to bardzo stary człowiek. Proszę sobie wyobrazić, że co kilka lat
sprawdzałam w internecie jego nazwisko, czy ten temat wybił, doczekałam
się i dziękuję!” - twierdzi kolejna kobieta (także napisała do mnie
podając imię i nazwisko).

„Poznałam Pana Krzysztofa i widywałam co roku przez lata , na festiwalu
jazzowym, jaki organizował.  Uczyłam się wtedy w szkole muzycznej, był
dla mnie guru. Widywałam go co roku na festiwalu, który odbywał się ( i
odbywa do tej pory ) w moim rodzinnym mieście. Czekałam na każdy
sierpień, kiedy do Iławy na festiwal przyjeżdżała cala jazzowa
śmietanka. Było absolutnie fantastycznie. Spędzałam cały festiwal,
łącznie z próbami, gapiąc się i słuchając - kocham jazz. K.S. chyba mnie
zaczepił - sama w życiu bym tego nie zrobiła - wywiązała się rozmowa,
że uczę się w szkole muzycznej, kocham jazz, chciałabym się uczyć - dał
mi wizytówkę. Zapraszał do Puław na jakieś warsztaty. Mieliśmy chyba
chwilę kontakt tel. Miałam ok.14 lat. Facet około 50tki nie zaczepia
14latki, która jest dla niego obca. Nie smsuje. Było w tym coś dziwnego.
Podtekst. Marzyłam, żeby się uczyć i jechać do tych Puław, ale już
wtedy było to dla mnie podszyte dwuznacznością i nie powiedziałam nawet
mamie, choć dałabym się pokroić za ten jazz. MIALAM 14 LAT I BYLO TO 20
LAT TEMU. JESLI WTEDY CZYULAM JAKIS PODTEKST - A BYLAM TOTALNYM
DZIECIAKIEM - NIE JEST TO BEZ ZNACZENIA” - napisała do mnie inna
kobieta.

„Jako nastolatka uczyłam się śpiewu min. u Elżbiety Zapendowskiej.
Brałam udział w różnych konkursach i festiwalach. W wieku 17 lat 
pojechałam jako uczestnik na festiwal piosenki w Kołobrzegu, gdzie w
jury konkursu zasiadał Krzysztof Sadowski. Po konkursie podszedł do mnie
Pan Sadowski i pogratulował mojego występu i zaproponował, że pomoże mi
w „karierze muzycznej”. Jako nastolatka, która za wszelką cenę chciała
śpiewać bardzo byłam wtedy podekscytowana i dowartościowana. Pan
Sadowski wziął ode mnie mój nr telefonu. Zadzwonił po jakimś czasie i
zaprosił na jazz jamboree ( festiwal odbywał się w sali kongresowej).
Pan Sadowski powiedział też, że warto chodzić na takie koncerty bo to
bardzo rozwija muzyków. Koncert zrobił na mnie bardzo duże wrażenie.
Siedziałam w pierwszych miejscach ( gdzie dla mnie było to nierealne
marzenie do tej pory). Po koncercie szybko wróciłam do domu. Tego
wieczoru Pan Sadowski do mnie dzwonił pytał dlaczego tak szybko
uciekłam?  Wiec odpowiedziałam mu, że mieszkam w Pruszkowie i musiałam
zdążyć na pociąg. Po jakimś czasie Pan Sadowski ponownie zadzwonił i
powiedział, że zna zespół muzyczny, który szuka wokalistki i że będzie
ten zespół występował w klubie Harenda. Ponownie się bardzo ucieszyłam.
Spotkałam się z Panem Sadowskim pod Pałacem Kultury- przyjechał po mnie
srebrnym samochodem. Jadąc ten krótki odcinek drogi spod Pałacu Kultury
do Harendy Pan Sadowski złapał mnie za rękę. Pamiętam, że szybko
zabrałam rękę ale on zaczął się do mnie „dobierać”. Ja protestowałam ale
nie wiedziałam w sumie jak się zachować to była strasznie niezręczna
sytuacja. Kiedy dojechaliśmy do Harendy Pan Sadowski przedstawił mnie
osobie o imieniu Marysia - mówiąc, ze Marysia jest zdeklarowanym gejem (
to było dziwne). Kiedy zapytałam gdzie jest ten zespół muzyczny Pan
Sadowski odpowiedział, że dzisiaj nie występują ( coś w tym stylu).
Szybko wyślizgnęłam się z klubu i pojechałam do domu. Po jakimś czasie
Pan Sadowski zadzwonił do mnie ponownie z pytaniem wprost- Jak mi się
podoba taki Pan jak on. Ja odpowiedziałam, że nie jestem zainteresowana,
że mnie interesuje tylko śpiewanie i nic więcej. Dzwonił chyba jeszcze
raz… I po tym nastała cisza. To wspomnienie jest po prostu niesmaczne bo
on był wtedy po prostu stary i przez to, że miał wpływy w świecie
muzycznym myślałam, miałam nadzieję, że mi pomoże w karierze
muzycznej:)… I w sumie przez to wydarzenie szybko odwidział mi się
showbiznes:)” - relacjonuje kolejna kobieta (także napisała do mnie
podając imię i nazwisko.

„Nie znamy się, ale chciałbym Panu życzyć powodzenia w tej sprawie z
Krzysztofem Sadowskim. Jedna z jego ofiar to moja dawna dziewczyna.
Wszystko mi opowiedziała przed laty. Bała się, że nikt jej nie uwierzy.
Prawdopodobnie powiedziała tylko mi. Nie chciała składać sprawy do sądu,
nie chciała więcej przechodzić przez to piekło i konfrontować się ze
sprawcą. Krzysztof Sadowski był jednym z moich pierwszych nauczycieli
fortepianu jazzowego. Byłem w szoku, że coś takiego zrobił. Od lat nie
mam z nim żadnych kontaktów, nie chcę znać człowieka. Jest świetnym
pedagogiem, ale dla mnie jako człowiek po prostu nie istnieje. Chciałbym
Panu podziękować za zajęcie się sprawą, życzę mnóstwo siły i otwartości
ludzi, którzy jakkolwiek mogliby Panu pomóc w dojściu do pomyślnego
finału. Życzę powodzenia raz jeszcze” - napisał mężczyzna, także podając
imię i nazwisko.

To tylko część tego, co do mnie trafiło. Weryfikuję i zbieram kolejne
informacje. Jak sądzicie, te opowieści są zmyślone? Nagrania, próby
przekupstwa także? Będę sukcesywnie publikował w kolejnych materiałach.
Wciąż czekam i liczę na odzew ofiar.

Z panem Krzysztofem Sadowskim nie kontaktowałem się z powodu jego
choroby (na prośbę Liliany Urbańskiej, żony muzyka, także artystki i
piosenkarki). Pani Liliana jest przekonana, że wszystko to jest spisek
jednej kobiety. Ja tej osoby nie znam, nigdy z nią nie rozmawiałem, nie
znam jej relacji (byłbym wdzięczny za kontakt).

„Byłam na policji w tej sprawie. Jestem zdziwiona tą sprawą. Dziewczyna
ma fatalną opinię, rozbiła małżeństwo znanego aktora. To chora
psychicznie osoba. Zażądała astronomicznych sum. Mąż dla świętego
spokoju mówił "tak, tak, tak". Pomagał jej, dawał jej pieniądze na
psychiatrę. Próbowaliśmy jej pomagać, załatwialiśmy jej pracę, ale teraz
nie wiem, co się z nią dzieje” – powiedziała Urbańska Wirtualnej
Polsce.

Mnie pani Liliana mówiła podobnie, ale zapewniała też, że żadne
dziewczynki nie spały u nich w domu. Tymczasem już przy pierwszym
kontakcie z członkinią zespołu Tęcza usłyszałem, że ona i inne
dziewczynki wielokrotnie tam sypiały. Przy czym ta kobieta twierdzi, że o
zarzutach nic nie wiedziała, nigdy niczego nie podejrzewała, pan
Sadowski zachowywał się wobec niej nienagannie.

„Nic nigdy mi nie zrobił ani nie próbował” - twierdzi. - „A spałam u jego córki wielokrotnie.”

„Akurat współpracowałam z nim kilka lat (muzycznie) i nigdy nie
zauważyłam, żeby kogoś molestował. Był wciąż zajęty, bo miał dużo pracy.
Nie wierzę w to. Ktoś chce go zniszczyć.” - napisała na FB jedna z 
współpracownic Krzysztofa Sadowskiego.

Poprosiłem o komentarz do tej sprawy Alicję Bachledę-Curuś, której
teledysk z Tęczowego Music Box krąży w sieci z komentarzami, że jest
zbyt odważny dla nastolatki. Menedżer aktorki poinformował, że dostała
pytania, nie mam odpowiedzi. Wiele osób podsyła mi teledyski z
nagraniami dziewczynek sugerując, że sceny tam zarejestrowane są zbyt
odważne. Nie oceniam tego.

Dostaję też mnóstwo sygnałów, że na korytarzach TVP zachowania
Krzysztofa Sadowskiego były znane. Może to tylko plotki. Staram się je
zweryfikować.

Nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi na pytania od TVP i Polsatu.

„W TVP nie ma tolerancji dla jakichkolwiek przejawów łamania prawa.
Jeżeli Spółka posiadałaby jakiekolwiek informacje o możliwości
popełnienia przestępstwa natychmiast zostałyby one przekazane stosownym
organom” - pojawiło się za to na Pudelku.

Ciągle weryfikuję i badam sprawę. Nie zostawię jej i postaram się
doprowadzić do jej wyjaśnienia. Jest jeszcze bardzo dużo wątków do
zbadania, nie tylko dotyczących molestowania. Wkrótce więcej.

Mariusz Zielke

PS
Bardzo proszę, żeby nie winić za zachowanie sprawcy dzieci. Nikt nie powinien odpowiadać za czyny ojca.

Info: screen pochodzi z kanału "Kultowe Programy TV" na Youtube


Afera pedofilska przy produkcjach dla TVP i Polsatu

Podczas realizacji muzycznych programów dziecięcych dla dwóch największych stacji telewizyjnych w Polsce przez wiele lat dochodziło do aktów pedofilii i molestowania dziewczynek – twierdzą po latach uczestniczki. Trudno oszacować liczbę ofiar, może być ich bardzo dużo.

Telewizje mają narzędzia, żeby skutecznie i rzetelnie wyjaśnić sprawę. Wtedy dowiemy się, czy ofiary mówią prawdę i czy jest ich więcej.

Ofiary twierdzą, że przypadki pedofilii miały miejsce przy realizacji programów "Tęczowy Music Box" (był emitowany w TVP) i "Co jest grane?" (emisja w Polsacie) oraz przy organizacji wielu koncertów i występów zespołu muzycznego "Tęcza". Dziewczynki miały być też gwałcone w siedzibie fundacji finansującej działania zespołu i wspierającej dzieci uzdolnione muzycznie, domu znanego artysty (gdzie miały być zamykane na noc w piwnicy), w samochodzie sprawcy oraz siedzibie jednego z najważniejszych polskich stowarzyszeń muzycznych.

"Słyszałam o tych zarzutach, ale nie przypuszczałam... trudno mi je zrozumieć. Dlaczego dzieci nie zgłaszały tego rodzicom? Nie miałam żadnych sygnałów. Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc" - usłyszałem od osoby zarządzającej fundacją.

Według moich informacji są co najmniej trzy ofiary. Dwie zdecydowały się zeznawać, trzecia odmawia, mimo moich usilnych próśb, by zgłosiła się do prokuratury. Skala może być znacznie większa, gdyż oskarżany artysta pracował z setkami dzieci. Jeśli więc kobiety oskarżające mężczyznę nie kłamią (a jest to niezwykle mało prawdopodobne), możemy mieć do czynienia z największą aferą pedofilską w środowisku artystycznym w Polsce. Dowody na winę sprawcy widziałem osobiście i moim zdaniem są niepodważalne, dodatkowo niezwykle wstrząsające. To nie tylko wyznania ofiar, ale też nagrania. Staram się zbadać całą sprawę, próbowałem namówić do tego innych dziennikarzy, ale niestety bez skutku.

Oskarżany to osoba bardzo znana w show-biznesie, muzyk dużej klasy, wpływowy i rozpoznawalny także na świecie. Ujawnienie jego nazwiska będzie szokiem dla całego środowiska oraz zatrudniających go stacji i instytucji. W części przypadków osoby dorosłe wiedziały, że „coś nie tak” było w relacjach ww. autorytetu z dziećmi, jednak na to nie reagowano. Próbuję ustalić, czy do telewizji zgłaszano doniesienia o molestowaniu, czy docierały sygnały o możliwych nadużyciach, czy władze stacji mogły jakoś na to zareagować.

Według wyznań ofiar, przestępca był wyjątkowo przebiegły i dobrze zorganizowany. Na swoje cele wybierał osamotnione i zagubione dziewczynki z niepełnych rodzin, zyskiwał zaufanie rodziców, osaczał dzieci i dopiero potem dopuszczał się czynów zabronionych, molestując dziewczynki przez wiele lat, a potem utrzymując nad nimi kontrolę, pomagając w karierze lub przekupując, żeby nie zgłaszały przestępstw.

Według moich informacji, od dłuższego czasu próbuje w panice przekonać ofiary do milczenia, oferując im nawet po kilkaset tysięcy złotych w zamian za podpisanie zobowiązań o poufności.

Wszystkie
ofiary zostały potwornie skrzywdzone, przeżywają traumę i choć
to nie one są winne, tak właśnie się czują. Jedna z nich została
luksusową damą do towarzystwa, ma ogromne problemy psychologiczne.
Zgłosiła się do mnie jako do ghostwritera, opowiadając swoją
historię, ale absolutnie zabraniając ujawnienia personaliów jej,
klientów czy omawianego pedofila.

Przez ponad rok próbowałem zainteresować tym tematem dziennikarzy i wydawców. Niestety z kolejnych wydawnictw odchodziłem z kwitkiem. Wszyscy radzili mi, żebym sobie odpuścił, żebym nie wkładał kija w mrowisko, bo sobie zaszkodzę. Nikt mi nie chciał pomóc.

Nie mogłem jednak tego tematu odpuścić. Uważam, że takie rzeczy trzeba nagłaśniać, żeby dać szansę innym potencjalnym ofiarom na zgłoszenie sprawy. Ofiary nie wiedząc o sobie, myślą, że są jedyne, czują się winne, nie zdają sobie sprawy z możliwej dużej skali zjawiska. Nie da się tego zbadać bez rzetelnego śledztwa i nagłośnienia sprawy. Dlatego spisałem tę historię w kilku wersjach, licząc na to, że inne ofiary pedofila się ujawnią. Tak powstała książka „Bejbi, historia dziewczyny klasy premium”, w której pierwsza część poświęcona jest molestowaniu bohaterki przez opiekuna-artystę zwanego Koneserem. Napisałem go tak, żeby żadna osoba postronna nie była w stanie rozpoznać sprawcy (celowo robiąc kilka przekłamań), ale żeby był rozpoznawalny dla ofiar. Liczyłem, że może dzięki temu odważą się opowiedzieć o przestępstwach, zgłoszą je do mnie lub prokuratury. Myślałem, że taki projekt zainteresuje wydawców, że zrozumieją jego społeczny wymiar. Niestety bardzo się pomyliłem. Książka miała zostać wydana wiosną przez duże wydawnictwo, ale w ostatniej chwili oficyna się wycofała twierdząc, że nie stać jej na ryzyko procesów.

Szukałem nowego wydawcy, w końcu udało się doprowadzić do publikacji, książka dostępna jest w księgarniach i mam nadzieję, że wywoła efekt zainteresowania procederem wykorzystywania kobiet przy negocjacjach biznesowych oraz pedofilii przy realizacji programów z dziećmi.

Temat jest bardzo trudny, bo bez zgody ofiar nie mogę ujawnić szczegółów. To jest podobna sytuacja, jaka miała miejsce przy sprawie molestowania w telewizji przez znanego prezentera. Trudniejsza, bo chodzi o dzieci oraz zdecydowanie bardziej drastyczna.

W trakcie prac nad tą książką zupełnie przypadkiem trafiłem na doniesienia o innych możliwych przestępstwach pedofilii wśród artystów, w tym o płaceniu ogromnych pieniędzy za milczenie, stąd nabrałem pewności, że nie mogę tego tak zostawić. Dziewczyny (i chłopcy), podejrzewam, że jest Was znacznie więcej. Zacznijcie o tym mówić, nie pozwólcie, by sprawcy czuli się bezkarni, dziś, po świetnej pracy Tomka Sekielskiego i jego „Tylko nie mów nikomu” da się wyjaśnić każdą taką sprawę. Zapewniam pełną anonimowość i bezpieczeństwo, jeśli zdecydujecie się ze mną porozmawiać. To nie wy jesteście winne tylko sprawca!

Nazywam się Mariusz Zielke i jestem autorem książek opartych na faktach, czasem piszę też książki dla innych jako ghostwriter. Stąd przychodzą do mnie różni ludzie i opowiadają swoje niezwykłe historie. Czasem trudno w nie uwierzyć, ale ja potrafię ocenić dowody i wiarygodność osób i akurat w tym przypadku mam 100-proc. pewności, że zarzuty w stosunku do pedofila są prawdziwe. Kładę na szali całą swoją reputację. Przez kilkanaście lat byłem dziennikarzem śledczym. Trzy razy nominowano mnie do Grand Press. Zdobyłem tę nagrodę w 2005 r. Nigdy nie musiałem prostować istotnych informacji i przepraszać za swoje teksty, a napisałem ich kilka tysięcy. To ja pierwszy pisałem o podejrzeniach wobec największego złapanego polskiego łapówkarza Andrzeja M. (złapanego po kilku latach od mojego pierwszego tekstu) oraz o zmowach funduszy emerytalnych i wyprowadzaniu ogromnych pieniędzy emerytów przez grupy przestępcze. Tekstów o ustawionych przetargach nie zliczycie. Za prawdziwe publikacje o Panu Marku Falencie wytoczono mi 5 procesów, wszystkie prawomocnie wygrałem. Wszystkie stawiane przeze mnie publicznie zarzuty się potwierdziły. Kiedy zatrudniająca mnie gazeta nie chciała już publikować moich tekstów, bo nie podobały się reklamodawcom, założyłem gazetę w internecie i doprowadziłem do jej nominowania do Grand Press. Niestety nikt nie chciał się reklamować w gazecie publikującej materiały śledcze o nieprawidłowościach władzy.

Moje książki próbowano blokować. W przypadku powieści „Dla niej wszystko” miałem przez rok zakaz sądowy publikacji i wypowiadania się na ten temat, potem sąd uchylił zakaz, sprawę o możliwość publikacji teoretycznie więc wygrałem (tyle że książki i tak nie mogę opublikować).

Obiecuję, że sprawę pedofilii też doprowadzę do końca i wyjaśnię. Nawet, jeśli wszyscy będą przeciw. Liczę na to, że po tym tekście ofiary się ze mną skontaktują. Być może są to dziś bardzo znane gwiazdy polskiej sceny muzycznej i filmowej.

Dlaczego nie publikuję nazwiska oskarżanego muzyka? Po części to wyjaśniłem: nie mam zgody ofiar. Ponadto, mimo mojej pewności co do niepodważalności dowodów, druga strona ma prawo do obrony, a ja zawsze dopuszczam możliwość spisku czy pomyłki, staram się rzetelnie wszystko wyjaśnić.

Rozmawiałem z żoną oskarżanego mężczyzny. Jest zszokowana całą aferą i przerażona. Obawia się, że te zarzuty ich oboje zabiją (to osoby wiekowe, muzyk jest ciężko chory). Broni męża, twierdząc, że padł ofiarą szantażu, a ofiara zmyśla (nie wie, że jest więcej ofiar, w tekście, który mam nadzieję opublikować niedługo – już z nazwiskami – wyjaśnię dlaczego, moim zdaniem, żona sprawcy się myli i to nie jest żaden szantaż i zmyślenia, tylko ujawnienie faktów).

Muszę mieć jednak absolutną pewność, że nikogo niesłusznie nie skrzywdzę. Liczę też na odzew dziś dorosłych osób, które w dzieciństwie być może padły ofiarą tego człowieka (a może chcą się za nim wstawić i zaświadczyć o niewinności, wszystkich, którzy chcieliby zabrać głos w tej sprawie, proszę o kontakt, zapewniam anonimowość i uczciwe podejście).

Wszystko opublikuję rzetelnie i jeśli się pomyliłem, przyznam się do błędu i przeproszę. To trudny temat, łatwo popełnić pomyłkę, która może mieć nieodwracalne skutki. Wciąż badam sprawę. Najtrudniejszą, z jaką się mierzyłem.

Telewizja Polska i Polsat otrzymały szczegółowe pytania w tej sprawie kilka dni temu. Do dziś nie mam odpowiedzi. Opublikuję je zaraz po uzyskaniu.

Ofiary i wszystkie osoby, które mogą pomóc w wyjaśnieniu sprawy proszę o kontakt na mariusz.zielke@gmail.com Podkreślam, że chętnie porozmawiam z osobami, które uważają, że sprawca jest niewinny. Nie zamierzam pisać artykułów pod ustaloną tezę. Są oskarżenia, trzeba je po prostu wyjaśnić. Jeśli to pomówienia, także powinny być napiętnowane publicznie. Nie wolno pozwalać na zamiatanie takich spraw pod dywan, udawać, że one nas nie dotyczą.

Mariusz Zielke

info: screeny przy artykule pochodzą z kanału Kultowe Programy TV