„Gazeta Wyborcza” prawie rok czekała ze „śledztwem” w sprawie pedofilii Sadowskiego. Specjalizujący się w dziennikarstwie śledczym „Oko.Press” mógł tekst o tym zrobić już w maju. „Fakt” próbowałem namówić w czerwcu. Wcześniej sygnały dostawały też inne media, ale były mniej konkretne, więc ich nie oskarżam. Gdyby nie nieszablonowe działania, ten temat może nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Sprawa pedofilii Krzysztofa Sadowskiego, znanego muzyka jazzowego, dawnego współpracownika telewizji (współtwórcy popularnych programów muzycznych dla dzieci: „Tęczowy Music-Box” dla TVP oraz „Co jest grane?” dla Polsatu), osoby niezwykle wpływowej, rośnie do rangi megaafery. Codziennie pojawiają się nowe informacje i newsy. Zgłosiło się do mnie już ponad 20 ofiar i kilkudziesięciu świadków wnoszących bardzo dużo do sprawy.

Z ich zeznań wyłania się obraz wyrachowanego, znakomicie zorganizowanego seryjnego pedofila, który przez lata dokonywał niemal notorycznego molestowania, a także gwałtów na dzieciach oraz doskonalił system doboru ofiar i budował przeróżne parasole ochronne, żeby nikt nie był w stanie go dopaść, oskarżyć, zrealizować skuteczne śledztwa. Doszło do absurdalnej sytuacji, że już od 20 lat w środowiskach artystycznych o pedofilii tego wielkiej sławy jazzmana wiedzieli „prawie wszyscy”, ostrzegano przed nim dzieci, żartowano okrutnie z krzywdy nieletnich, dyskutowano w kuluarach, a prawie nikt nie reagował (choć byli odważni, o których niedługo). Dziś wszyscy „winni” braku reakcji mówią: „nie wiedzieliśmy, że to aż tak”, „trudno wierzyć w plotki”, „inni też nic nie zrobili”. Jak to możliwe?

Muzyk elitarny

Krzysztof Sadowski to człowiek ogromnie wpływowy. Budował relacje latami w różnych środowiskach. W latach 80-tych jeździł na kontrakty zagraniczne do Norwegii i do Syrii, przyjaźnił się z wieloma artystami, aktorami, reżyserami, księżmi, występował w kościołach z jednej strony i dla przedstawicieli komunistycznej władzy z drugiej.

Jego dobrym znajomym jest m.in. Krzysztof Karpiński, były prezes sądu apelacyjnego w Warszawie, nazywany czasem sędzią-celebrytą z powodu małżeństwa z prezenterką Jolantą Fajkowską, także jazzman z zamiłowania. Występował wspólnie z Sadowskim, obaj są bohaterami książki o jazzie autorstwa Jolanty Fajkowskiej. Według moich źródeł ich relacje z panem Sadowskim były bardzo bliskie. Karpiński był też wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, kiedy szefował nim Sadowski. Dziś PSJ stanowczo odcina się od opisywanych skłonności Sadowskiego i żąda ich bezzwłocznego wyjaśnienia.

To zdjęcie o niczym nie świadczy. Jednak dziś powinno się wyjaśnić wszystkie wątki sprawy pana Sadowskiego

Drugim bardzo wpływowym znajomym Krzysztofa Sadowskiego jest profesor Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, były prezes Instytutu Lecha Wałęsy, wieloletni sędzia, senator, były wiceminister spraw wewnętrznych. Także bardzo dobry jazzman.

Oczywiście żadnego z tych niewątpliwych autorytetów, wybitnych prawników i muzyków nie oskarżam o współudział czy pomaganie sprawcy, krycie go lub jakiekolwiek działania bezprawne. Nie jest żadną winą mieć znajomych. Mieli po prostu wspólne pasje artystyczne. Ale czy naprawdę nic do nich nie dochodziło, skoro w środowisku „huczało”? Nie docierały choćby żadne „dygresje” czy „żarciki”? Czy sam fakt posiadania takich „znajomości” nie mroził śledczych czy prokuratorów, kiedy np. w 1992 r. podejmowali pierwsze śledztwo z zawiadomienia mamy 10-letniej Ewy Gajdy? Czy czynione mamie Ewy sugestie, żeby odpuścić, rzeczywiście były motywowane jedynie troską o dobro dziecka? Czy pozycja i ranga artysty nie torpedowały działań operacyjnych policji, które na pewno powinny zostać podjęte już dawno? Czy wreszcie takie znajomości nie miały wpływu na brak zainteresowania sprawą dziennikarzy śledczych, których jeden z muzyków próbował zainteresować pedofilią Sadowskiego już dziesięć lat temu?

Postaram się to wszystko ustalić.

– Trudno mi tę sprawę komentować. Dla mnie to jest ogromne zaskoczenie. Nie powiem, żebym jakoś bardzo blisko był z Panem Krzysztofem Sadowskim. Znam go oczywiście wiele lat. Poznałem go chyba w 1974 r. w środowisku jazzowym, ale nigdy mi nic nie mówiło takiego, że za tym może się kryć jeszcze jakaś inna jego twarz. Dla mnie to też jest szok – mówi Jerzy Stępień.

Z Krzysztofem Karpińskim nie udało mi się skontaktować. Będę oczywiście próbował i w każdej chwili zamieszczę jego komentarz do tej sprawy. Podkreślam, że nic mu w tej chwili nie zarzucam! Mam nadzieję, że rozmowa z nim dużo wniesie do poznania przypadku pana Sadowskiego, a także do wyjaśnienia roli w całej sprawie Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego.

Podobnie nic nie zarzucam środowisku Prawa i Sprawiedliwości. Fakt, że Krzysztof Sadowski był członkiem społecznego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego nie ma dla tej sprawy żadnego znaczenia. I nigdy bym tych nazwisk nie wymieniał (bo cóż one winne), nigdy nie zastanawiał się, kto i co wiedział, gdyby Pan Sadowski został postawiony przed sądem w 1992 r. albo później, kiedy jego sprawy nie były przedawnione.

Ale nie został, a wobec najnowszych faktów i tego, jak ta sprawa jeszcze do niedawna była wyciszana, torpedowana, manipulowana, ukrywana, należy bardzo stanowczo poprosić o szczególny nadzór nad nią Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobrę. To nie jest sprawa polityczna, powinna być realizowana ponad podziałami. Bo przecież chodzi o sprawiedliwość i dobro dzieci. Prawda, Panie Ministrze?

Bardzo proszę o kontakt wszystkich, których naciskano w sprawach Krzysztofa Sadowskiego! Którzy próbowali reagować, a im nie pozwolono. Zapewniam anonimowość i bezpieczeństwo.

Umorzone śledztwa

„Duży Format” właśnie opublikował w internecie reportaż Izy Michalewicz o 2 ofiarach Krzysztofa Sadowskiego. Reportaż wstrząsający, pełen intymnych szczegółów, literacko bardzo dobry, znacznie warsztatowo lepszy niż wszystkie moje teksty. Bo też moje materiały to tak naprawdę wciąż research do przyszłego filmu i książki. Wszak jestem tylko blogerem, który wcale nie chciał wracać do dziennikarstwa i nigdy by do niego nie wrócił, gdyby nie postawa mediów w tej niezwykłej sprawie. I byłbym z tego materiału bardzo zadowolony, nawet mimo niemal całkowitego pominięcia mojej roli w nagłośnieniu sprawy.

„Gazeta Wyborcza” jednak, zamiast opublikować newsowy materiał o kryciu pedofilii w show-biznesie, zaprezentować już dokonane ustalenia (jest ponad 20 ofiar), zadać pytania wszystkim stronom, postanowiła skupić się na urywku sprawy, ujawnić tajemnice śledztwa i intymne opisy seksu z dziećmi (po co? Żeby szokować, nakręcić sprzedaż?) skupiając się wyłącznie na 2 ofiarach, które złożyły zawiadomienie do prokuratury.

Moim zdaniem taki artykuł może to śledztwo storpedować. Dlaczego w tym tekście nie ma akcentu na działania prokuratury, która początkowo odmówiła wszczęcia śledztwa, co jest ogromnym skandalem i powinno być nagłaśniane jako news! (ja tego nie zrobiłem, choć o tym wiedziałem, bo od wielu dni czekam na odpowiedź prokuratury w tej sprawie)?

Dlaczego „Gazecie Wyborczej” nie zależy na wyjaśnieniu sprawy, tylko na sprzedaży prenumeraty (tekst był dostępny w sieci tylko po wykupieniu prenumeraty i mimo apelów internautów tego nie zmieniono)? Droga Gazeto, ja pracuję nad tą sprawą od roku nie pobierając za to żadnego wynagrodzenia. Ostatnie tygodnie to praca ponad siły z weryfikacją informacji, żebyście także wy mogli z tego skorzystać. Za darmo. A wy na to: kupcie naszą prenumeratę?

Dlaczego wreszcie „Gazeta Wyborcza” pisze o tym dopiero teraz, choć o sprawie wiedziała od jesieni 2018 r.? Prezentuję korespondencję z Panią Izą, oceńcie sami, komu na czym tu zależy. Pani Iza twierdzi, że o sprawie wie już dawno, ale nic nie robiła, bo czekała na zgodę ofiar. A inne ofiary? A przeprowadzenie niezależnego śledztwa dziennikarskiego? Jeśli Pani nie jest dziennikarką śledczą, dlaczego nie dała Pani tego osobom zajmującym się taką działką ze swojej redakcji? Świetnie Pani pisze, Pani Izo, tekst jest znakomity, ale tutaj nie chodzi o tekst, o laury, tylko o wyjaśnienie 40 lat krycia zorganizowanego pedofila.

Gdyby jeszcze to był jedyny przypadek, bym odpuścił. W końcu dziennikarze powinni się wspierać. Ale mur milczenia napotkałem już znacznie wcześniej, w zasadzie też na jesieni 2018, ale w mediach głównego nurtu od maja. W maju próbowałem nakłonić do zajęcia się tematem dziennikarza Oko.Press, śledczego portalu sympatyzującego ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Oto dowody.

Potem był jeszcze „Fakt” (prezentuję screeny z korespondencji)

Gdy zapytałem znajomego dziennikarza, o co chodzi, dlaczego tak się dzieje odparł:

– Wiesz, wszyscy się boją, że odwrócisz uwagę od pedofilii w kościele. Czas twoich publikacji jest fatalny. Wszyscy się zastanawiają w kogo to jeszcze uderzy. Trzeba było odczekać rok, może by to poszło – odparł.

Hm, poczekać rok, może by poszło… bo trzeba bardziej grillować księży i kościół? Tylko czy naprawdę o to chodzi? Czy nam w ogóle chodzi o skończenie z tolerancją dla pedofilii? Wszyscy, którym opowiadam o tej sprawie mówią: „zabiłbym”, ale przecież nie chodzi o zabijanie ludzi, tylko o uniemożliwienie kontaktu z dziećmi osobom z autorytetem, które mogą go wykorzystać do osaczenia dziecka. W każdym środowisku.

Krzysztof Sadowski, konsekwentnie zaprzecza (przez pełnomocnika i dla innych mediów), nie oddzwania do mnie, nie odbiera moich telefonów. Pani Iza nie chciała mi udostępnić maila do niego, więc cytuję za „Gazetą Wyborczą”:

„Oświadczam, że nieprawdą jest, abym molestował lub zgwałcił kogokolwiek. Basię znam bardzo dobrze. Przez wiele lat wspierałem ją zarówno finansowo i rzeczowo, jak i w życiu codziennym. Przez lata była ona częstym gościem w naszym domu. Nieprawdą jest, że oferowałem jej »pieniądze za milczenie«. W 2017 roku poprosiła mnie o duże wsparcie finansowe (początkowo 200 000, potem 100 000 złotych), wyjaśniając mi, że z uwagi na swój stan zdrowia nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie i musi stanąć na nogi, a z uwagi na mój stan zdrowia (chorowałem wówczas na raka) obawia się, czy będę w stanie wspierać ją regularnie mniejszymi kwotami, co robiłem już wcześniej. Początkowo byłem skłonny spełnić jej prośbę. Ostatecznie uznałem jednak, że oczekiwania Basi są zbyt daleko idące, i odmówiłem ich spełnienia. Wpływ na to mogło mieć też to, że pokonałem chorobę i uznałem, że mogę dalej wspierać ją w dotychczasowej formie. Jednak po mojej odmowie Basia zerwała relacje ze mną.

O skierowaniu przez nią oskarżeń w stosunku do mnie o molestowanie i gwałt dowiedziałem się dopiero z artykułów w mediach w sierpniu br. Wcześniej dowiedziałem się o toczącym się postępowaniu karnym, gdyż przesłuchano w nim moją byłą żonę. Jednak nie będąc stroną ani świadkiem w tej sprawie, nie miałem wiedzy o treści zarzutów formułowanych w stosunku do mnie” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

W podobnym tonie wypowiada się Liliana Urbańska, żona Krzysztofa Sadowskiego:

„Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc” – powiedziała mi Liliana Urbańska na tydzień przed publikacją pierwszego tekstu na ten temat. Potem konsekwentnie w mediach utrzymywała, że to pomówienia jednej chorej psychicznie osoby.

Sprawa jest bardzo poważna, wielowątkowa i trzeba ją wyjaśnić w całości, każdy wątek. Liczę na pomoc mediów, ale pomoc uczciwą, a nie torpedowanie moich działań i śledztw. Każdy, kto chce wspomóc produkcję filmu na temat krycia pedofilii w Polsce (we wszystkich środowiskach), może to zrobić tu:


https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Wszystkie moje teksty i filmy w tej sprawie będą zawsze dostępne w internecie za darmo.