Krzysztof Sadowski wciąż groźny. Iza: molestował mnie w 2017 r.

Największa afera pedofilska w Polsce może wkrótce uderzyć z siłą wodospadu w elity polityczne, biznesowe i artystyczne. Badam wszystkie wątki dotyczące krycia sprawcy i jego układów, ujawnię je w reportażu i filmie. Tymczasem zgłosiły się do mnie dwie kobiety, które twierdzą, że próbowano je molestować w 2017 r. A to już nie jest przedawnione!

„Stałam na tarasie wraz z moimi koleżankami. Miałam wtedy niespełna 15 lat. Pan Sadowski wszedł na taras
Podszedł do mnie od tyłu i zaczął się ocierać. Najpierw o pośladki, następnie o ramię. Byłam wtedy zdezorientowana, nie docierało do mnie to, co się działo. Dlatego też moje koleżanki zareagowały, odciągając pana Sadowskiego ode mnie, mówiąc, aby przestał. Wtedy powiedział: „To jest moja rodzina i mogę z nią robić wszystko, co mi się podoba”. Po całym zdarzeniu, koleżanki odprowadziły mnie do pokoju.
Następnego dnia, pan Sadowski pisał do mnie SMS-y z prośbą o stawienie się w jego gabinecie. Nie odpisywałam na nie. W pewnym momencie, gdy szłam przez korytarz, spotkałam go po raz kolejny. Wtedy ponowił prośbę o to, abym stawiła się później w jego gabinecie (prawdopodobnie był potrzebny gdzieś indziej, dlatego nie zabrał mnie ze sobą w tamtej chwili), po czym przechodząc, ponownie otarł się o moje pośladki. To był ten moment, gdy dotarło do mnie, że może mi zrobić w tym gabinecie poważną krzywdę, więc postanowiłam o tym powiedzieć mojemu ojcu, który też był wykładowcą na warsztatach w Puławach. Doszło do konfrontacji między nimi, niestety nie wiem, jak ona przebiegła. Od tamtej pory pan Sadowski już mnie nie zaczepiał. Jedynie na mnie patrzył” - opowiada Iza (imię zmienione), córka znanego muzyka, która nie jest jeszcze gotowa zeznawać w prokuraturze, ale może się na to zdecyduje.

Zeznawać za to chce Jagoda (prawdziwe imię, bardzo odważna 22-latka), która była na tych samych warsztatach.
„Stało się to na warsztatach jazzowych w Puławach. Krzysztof Sadowski
był znajomym mojej mamy, zaproponował mi pobyt za darmo i oczekiwał
czegoś więcej ode mnie z tego powodu. Już w samochodzie położył mi rękę
na kolanie, ja się cofnęłam, żeby mnie nie dotykał. Potem pojechaliśmy
na wycieczkę do Kazimierza i tam zaczął mnie wypytywać o relacje z
chłopakami. Następnie zaproponował mi publicznie, przy innych ludziach,
żebym przyszła do niego wieczorem. Zapytałam: „po co”, a on
odpowiedział: „w celach towarzyskich”. To było przy innym wykładowcy,
który nie zareagował zupełnie, co mnie zaskoczyło, bo jednak wykładowcy
są jakoś moralnie zobowiązani wobec uczestników, więc ja nie rozumiem
takiej postawy, bo to było molestowanie przez wykładowcę, coś, co nie
miało prawa się zdarzyć. Już byłam pełnoletnia, ale rozmawiałam z jedną
dziewczyną młodszą i ona powiedziała, że Sadowski ją dotykał po pupie i
ona powiedziała o tym ojcu, też wykładowcy. Jak miałam 13 lat także
byłam na warsztatach w Puławach, wtedy nic mi nie zrobił, ale widziałam,
że coś było z inną dziewczyną, piętnastolatką. Ona była kompletnie
rozsypana i widać było, że coś złego z nią się dzieje, że łączą ją z
wykładowcą niepokojące relacje. Sadowski ciągle z nią rozmawiał, był z
nią blisko” - mówi Jagoda.

Opowieści Jagody i Izy świadczą o tym, że Krzysztof Sadowski, mimo 83 lat, wciąż może być niebezpieczny dla dzieci, skoro zachowywał się w ten sposób zaledwie dwa lata temu. Zresztą tego samego zdania są psychologowie.
„Pedofil zawsze pozostanie pedofilem bez względu na jego wiek. Pedofilia jest zaburzeniem preferencji seksualnych i jest stała. Wiek nie ma tu istotnego wpływu. Podobnie jest z orientacją seksualną. Zarówno osoby heteroseksualne jak i homoseksualne pozostają stałe w swoich preferencjach seksualnych. Pracuję z osobami starszymi i nie znam nikogo, kto zmieniłby swe zainteresowania z biegiem czasu. Pedofil, tak jak każdy inny człowiek może z biegiem czasu utracić zainteresowanie kwestiami seksualnymi, jest to spowodowane przekwitaniem, problemami hormonalnymi oraz różnymi chorobami (czyli wszystko przebiega tak jak w przypadku innych osób). Istotną kwestią w zachowaniach seksualnych odgrywa wyobraźnia i emocje, także nawet jeśli pedofil nie jest zdolny do stosunku, może chcieć zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne. Tego typu zaspokojenie potrzeb emocjonalnych ma miejsce np. w przypadku osób uprawiają seks typu BDSM (sadomasochistyczny) gdzie osoba dominująca zaspokaja swoje określona fantazje niekoniecznie odbywając stosunek. Pedofil nie przestaje być groźny dla dzieci. Z tego powodu np. jest stworzona ustawa o bestiach, dzięki której objęto specjalnym postępowaniem np. M. Trynkiewicza. Seryjnego pedofila i mordercę. Wątpię, aby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zostawił temu człowiekowi dziecko pod opieką.” - ocenia Wojciech Kopytek, psycholog i psychoterapeuta.

Dlatego tak ważne jest, by śledztwo pod nadzorem prokuratury zostało przeprowadzone właściwie: zbadano relacje podejrzewanego mężczyzny z uczennicami nie tylko sprzed 30 lat, ale w ostatnim czasie; nie rozumiem też dlaczego poinformowano żonę sprawcy o śledztwie przed przeprowadzeniem przesłuchań innych świadków i przeszukaniami miejsc, w których mogą być dowody przestępstw. Te błędy są już nie do naprawienia, a mogły skutkować „posprzątaniem” wszystkiego przez sprawcę. Na szczęście najmocniejsze dowody – relacje świadków są już nie do usunięcia.

Do tej pory zgłosiło się do mnie ponad 20 osób molestowanych przez Krzysztofa Sadowskiego. Część z nich została potraktowana okrutnie i zgwałcona w dzieciństwie. Większość przypadków jest już niestety przedawniona, stąd tak ważne są odpowiednie działania śledczych w celu ustalenia, czy pan Sadowski napastował dziewczynki w ciągu ostatnich lat. Pojawienie się nowych świadków może stanowić istotny przełom w śledztwie.

Relację dwóch ofiar (pod pseudonimem) zaprezentowała „Gazeta Wyborcza”, nie szczędząc czytelnikom wstrząsających szczegółów. Wcześniej ujawniła się Ewa Gajda, kobieta molestowana przez Sadowskiego w wieku 10 lat w 1992 r. Zeznawać w prokuraturze będzie też Justyna (imię zmienione), kobieta z domu dziecka, gwałcona w dzieciństwie w latach 80-tych przez tego muzyka przez trzy lata przy biernej postawie opiekunów. W weekend na portalu TVN24.pl ujawniła się Olga Śmigielska, córka przyjaciela Sadowskiego, molestowana przez kilka lat. Olga zgłosiła się do mnie jako jedna z pierwszych ofiar, ale nie była wówczas gotowa do ujawnienia tożsamości publicznie, dlatego chroniłem jej dane. Pokrzywdzonych na pewno jest bardzo dużo, a cała sprawa ma szereg jeszcze nieujawnionych szokujących wątków. Pojawiają się w niej nazwiska osób bardzo znanych i wpływowych. W rolach ofiar, ale też katów lub osób kryjących sprawców pedofilii.

- Powiedziałem przyjacielowi Sadowskiego i działaczowi PSJ, że musimy coś zrobić z pedofilią prezesa już wiele lat temu. Usłyszałem: „zostaw Krzysia w spokoju, niech sobie pomaca te swoje dziewczynki” - mówi znany muzyk. - To jest słowo przeciwko słowu, ale gdyby ten gość miał honor, to dziś by się przyznał i przeprosił ofiary za brak reakcji.

Krzysztof Sadowski był osobą bardzo wpływową. Przez lata organizował sobie parasole ochronne, gratulował prezydentom, współpracował zarówno z opozycjonistami, jak władzami i doskonalił system doboru ofiar, nad którymi potem sprawował kontrolę, ułatwiał im karierę, uzależniał od siebie. Jego wpływowymi przyjaciółmi byli (są?) Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego oraz Krzysztof Karpiński, były prezes Sądu Apelacyjnego w Warszawie, dziś wciąż sędzia. Pierwszy twierdzi, że nic nie wiedział o patologiach Sadowskiego, nic do niego nie dochodziło.

- Też jestem zszokowany – mówi Jerzy Stępień.

Drugi odmawia rozmowy ze mną, nie odbiera moich telefonów.

„W wykonaniu zarządzenia Prezesa Sądu Apelacyjnego  w Warszawie uprzejmie informuję, że Pan Sędzia Krzysztof Karpiński aktualnie przebywa na urlopie wypoczynkowym. W rozmowie telefonicznej nie wyraził zgody  na jakikolwiek kontakt z  Panem ( w tym przekazanie danych kontaktowych).” - napisano do mnie z Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

Sadowski miał też przyjaciół wśród artystów, reżyserów filmowych, polityków i najbogatszych biznesmenów. Może to jest odpowiedź na pytanie dlaczego do dziś nie stanął przed sądem i udało mu się krzywdzić dzieci przez blisko 40 lat.

Krzysztof Sadowski konsekwentnie zaprzecza zarzutom w
oświadczeniu, milczy, nie odbiera moich telefonów, unika odpowiedzi na
konkretne pytania, nie chce rozmawiać z mediami. Przyjął strategię
wykazania mojej nierzetelności (że niby nie usiłowałem się z nim
skontaktować, żeby pozwolić mu odpowiedzieć na zarzuty, co jest
absurdem, dzwoniłem do niego na tydzień przed tekstem i próbuję namówić
na rozmowę od wielu tygodni, nie jest prawdą, że nie próbowałem uzyskać
jego odpowiedzi czy relacji z jego punktu widzenia, próbowałem,
rozmawiałem z żoną, namawiałem do wywiadu, chciałem przedstawić
szczegółowo wszystkie zarzuty i wciąż jestem do tego gotów). Wydał
oświadczenie, które publikuję niżej.

Wszystkie moje ustalenia zostaną ujawnione po zakończeniu
dziennikarskiego śledztwa. Jeśli chcesz wspomóc to śledztwo i realizację
filmu o kryciu pedofilii w Polsce zachęcam do udziału w zbiórce:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto.
Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i
bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

OŚWIADCZENIE KRZYSZTOFA SADOWSKIEGO

"W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami
dotyczącymi moich relacji z uczestniczkami programów telewizyjnych
"Tęczowy Music Box" i "co jest grane?" oraz podopiecznymi fundacji
"Tęcza", stanowczo zaprzeczam stawianym mi zarzutom. Wszystkie
pojawiające się na mój temat "rewelacje" oparte są na pomówieniach
jednej osoby, której personaliów nie ujawnię, nie chcąc jej zaszkodzić.
Jest to osoba znana mi i mojej rodzinie od przeszło 20 lat i przez
większość tego czasu pozostająca z nami w bliskich stosunkach. Niestety,
w ubiegłym roku osoba ta poprosiła mnie o przekazanie jej dużej kwoty
pieniędzy, które miały posłużyć jej ułożeniu sobie życia. Nie będąc w
stanie spełnić tej prośby, ale też mając poczucie nadużycia naszej
przyjaźni –odmówiłem. Wówczas, było to w czerwcu ubiegłego roku, zerwała
kontakty z nami i skierowała przeciwko mnie zawiadomienie o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa. Dokładna treść zarzucanych mi czynów nie jest
mi znana, gdyż –choć postępowanie toczy się już rok –nie zostałem w nim
przesłuchany ani jako świadek, ani tym bardziej jako podejrzany. O
toczącym się postępowaniu wiem tylko dlatego, że została w nim
przesłuchana w maju br. moja była żona. Chciałbym też wyraźnie
podkreślić, że przed publikacją dotyczących mnie materiałów nikt nie
podjął próby kontaktu ze mną w celu dowiedzenia się jak wygląda cała
historia z mojego punktu widzenia. Jestem osobą w podeszłym wieku i złym
stanie zdrowia. Kierowane wobec mnie publicznie oszczerstwa dodatkowo
ten stan pogarszają, podważając mój dorobek zawodowy i artystyczny oraz
godząc w moje dobre imię. Przede wszystkim jednak sprawa ta odbija się
fatalnie na mojej rodzinie, krzywdząc moją żonę i córkę. Staliśmy się
obiektem bezpośrednich ataków ze strony obcych nam osób, godzących w
naszą prywatność i poczucie bezpieczeństwa. Zachowanie mediów w tej
sprawie oceniam jako skandaliczne i nieodpowiedzialne. W poszukiwaniu
sensacji posunęły się one nie tylko do ataku na mnie, ale doprowadziły
do ataku na całą moją rodzinę. Dlatego też proszę i kieruję tę prośbę
zarówno do mediów, które już rzuciły się na mnie, jak i do takich, które
dopiero planują dołączyć do tej watahy, o powstrzymanie się od dalszego
szkalowania mnie i umożliwienie mi podjęcia obrony w przewidzianej do
tego procedurze karnej. Nigdy nie uchylałem się przed współpracą z
organami ścigania i jestem gotów –w miarę moich możliwości –pomagać w
wyjaśnieniu całej sprawy. Jednocześnie oświadczam, że wobec mediów i
osób mnie oczerniających podejmę kroki prawne w celu oczyszczenia
swojego imienia i dorobku.”


Media próbowały kryć pedofilię w show-biznesie!

„Gazeta Wyborcza” prawie rok czekała ze „śledztwem” w sprawie pedofilii Sadowskiego. Specjalizujący się w dziennikarstwie śledczym „Oko.Press” mógł tekst o tym zrobić już w maju. „Fakt” próbowałem namówić w czerwcu. Wcześniej sygnały dostawały też inne media, ale były mniej konkretne, więc ich nie oskarżam. Gdyby nie nieszablonowe działania, ten temat może nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Sprawa pedofilii Krzysztofa Sadowskiego, znanego muzyka jazzowego, dawnego współpracownika telewizji (współtwórcy popularnych programów muzycznych dla dzieci: „Tęczowy Music-Box” dla TVP oraz „Co jest grane?” dla Polsatu), osoby niezwykle wpływowej, rośnie do rangi megaafery. Codziennie pojawiają się nowe informacje i newsy. Zgłosiło się do mnie już ponad 20 ofiar i kilkudziesięciu świadków wnoszących bardzo dużo do sprawy.

Z ich
zeznań wyłania się obraz wyrachowanego, znakomicie zorganizowanego
seryjnego pedofila, który przez lata dokonywał niemal notorycznego
molestowania, a także gwałtów na dzieciach oraz doskonalił system
doboru ofiar i budował przeróżne parasole ochronne, żeby nikt nie
był w stanie go dopaść, oskarżyć, zrealizować skuteczne
śledztwa. Doszło do absurdalnej sytuacji, że już od 20 lat w
środowiskach artystycznych o pedofilii tego wielkiej sławy jazzmana
wiedzieli „prawie wszyscy”, ostrzegano przed nim dzieci,
żartowano okrutnie z krzywdy nieletnich, dyskutowano w kuluarach, a
prawie nikt nie reagował (choć byli odważni, o których niedługo).
Dziś wszyscy „winni” braku reakcji mówią: „nie wiedzieliśmy,
że to aż tak”, „trudno wierzyć w plotki”, „inni też nic
nie zrobili”. Jak to możliwe?

Muzyk elitarny

Krzysztof Sadowski to człowiek ogromnie wpływowy. Budował relacje latami w różnych środowiskach. W latach 80-tych jeździł na kontrakty zagraniczne do Norwegii i do Syrii, przyjaźnił się z wieloma artystami, aktorami, reżyserami, księżmi, występował w kościołach z jednej strony i dla przedstawicieli komunistycznej władzy z drugiej.

Jego dobrym znajomym jest m.in. Krzysztof Karpiński, były prezes sądu apelacyjnego w Warszawie, nazywany czasem sędzią-celebrytą z powodu małżeństwa z prezenterką Jolantą Fajkowską, także jazzman z zamiłowania. Występował wspólnie z Sadowskim, obaj są bohaterami książki o jazzie autorstwa Jolanty Fajkowskiej. Według moich źródeł ich relacje z panem Sadowskim były bardzo bliskie. Karpiński był też wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, kiedy szefował nim Sadowski. Dziś PSJ stanowczo odcina się od opisywanych skłonności Sadowskiego i żąda ich bezzwłocznego wyjaśnienia.

To zdjęcie o niczym nie świadczy. Jednak dziś powinno się wyjaśnić wszystkie wątki sprawy pana Sadowskiego

Drugim bardzo wpływowym znajomym Krzysztofa Sadowskiego jest profesor Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, były prezes Instytutu Lecha Wałęsy, wieloletni sędzia, senator, były wiceminister spraw wewnętrznych. Także bardzo dobry jazzman.

Oczywiście żadnego z tych niewątpliwych autorytetów, wybitnych prawników i muzyków nie oskarżam o współudział czy pomaganie sprawcy, krycie go lub jakiekolwiek działania bezprawne. Nie jest żadną winą mieć znajomych. Mieli po prostu wspólne pasje artystyczne. Ale czy naprawdę nic do nich nie dochodziło, skoro w środowisku „huczało”? Nie docierały choćby żadne „dygresje” czy „żarciki”? Czy sam fakt posiadania takich „znajomości” nie mroził śledczych czy prokuratorów, kiedy np. w 1992 r. podejmowali pierwsze śledztwo z zawiadomienia mamy 10-letniej Ewy Gajdy? Czy czynione mamie Ewy sugestie, żeby odpuścić, rzeczywiście były motywowane jedynie troską o dobro dziecka? Czy pozycja i ranga artysty nie torpedowały działań operacyjnych policji, które na pewno powinny zostać podjęte już dawno? Czy wreszcie takie znajomości nie miały wpływu na brak zainteresowania sprawą dziennikarzy śledczych, których jeden z muzyków próbował zainteresować pedofilią Sadowskiego już dziesięć lat temu?

Postaram
się to wszystko ustalić.

- Trudno mi tę sprawę komentować. Dla mnie to jest ogromne zaskoczenie. Nie powiem, żebym jakoś bardzo blisko był z Panem Krzysztofem Sadowskim. Znam go oczywiście wiele lat. Poznałem go chyba w 1974 r. w środowisku jazzowym, ale nigdy mi nic nie mówiło takiego, że za tym może się kryć jeszcze jakaś inna jego twarz. Dla mnie to też jest szok – mówi Jerzy Stępień.

Z
Krzysztofem Karpińskim nie udało mi się skontaktować. Będę
oczywiście próbował i w każdej chwili zamieszczę jego komentarz
do tej sprawy. Podkreślam, że nic mu w tej chwili nie zarzucam! Mam
nadzieję, że rozmowa z nim dużo wniesie do poznania przypadku pana
Sadowskiego, a także do wyjaśnienia roli w całej sprawie Polskiego
Stowarzyszenia Jazzowego.

Podobnie nic nie zarzucam środowisku Prawa i Sprawiedliwości. Fakt, że Krzysztof Sadowski był członkiem społecznego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego nie ma dla tej sprawy żadnego znaczenia. I nigdy bym tych nazwisk nie wymieniał (bo cóż one winne), nigdy nie zastanawiał się, kto i co wiedział, gdyby Pan Sadowski został postawiony przed sądem w 1992 r. albo później, kiedy jego sprawy nie były przedawnione.

Ale nie został, a wobec najnowszych faktów i tego, jak ta sprawa jeszcze do niedawna była wyciszana, torpedowana, manipulowana, ukrywana, należy bardzo stanowczo poprosić o szczególny nadzór nad nią Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobrę. To nie jest sprawa polityczna, powinna być realizowana ponad podziałami. Bo przecież chodzi o sprawiedliwość i dobro dzieci. Prawda, Panie Ministrze?

Bardzo proszę o kontakt wszystkich, których naciskano w sprawach Krzysztofa Sadowskiego! Którzy próbowali reagować, a im nie pozwolono. Zapewniam anonimowość i bezpieczeństwo.

Umorzone śledztwa

„Duży Format” właśnie opublikował w internecie reportaż Izy Michalewicz o 2 ofiarach Krzysztofa Sadowskiego. Reportaż wstrząsający, pełen intymnych szczegółów, literacko bardzo dobry, znacznie warsztatowo lepszy niż wszystkie moje teksty. Bo też moje materiały to tak naprawdę wciąż research do przyszłego filmu i książki. Wszak jestem tylko blogerem, który wcale nie chciał wracać do dziennikarstwa i nigdy by do niego nie wrócił, gdyby nie postawa mediów w tej niezwykłej sprawie. I byłbym z tego materiału bardzo zadowolony, nawet mimo niemal całkowitego pominięcia mojej roli w nagłośnieniu sprawy.

„Gazeta Wyborcza” jednak, zamiast opublikować newsowy materiał o kryciu pedofilii w show-biznesie, zaprezentować już dokonane ustalenia (jest ponad 20 ofiar), zadać pytania wszystkim stronom, postanowiła skupić się na urywku sprawy, ujawnić tajemnice śledztwa i intymne opisy seksu z dziećmi (po co? Żeby szokować, nakręcić sprzedaż?) skupiając się wyłącznie na 2 ofiarach, które złożyły zawiadomienie do prokuratury.

Moim
zdaniem taki artykuł może to śledztwo storpedować. Dlaczego w tym
tekście nie ma akcentu na działania prokuratury, która początkowo
odmówiła wszczęcia śledztwa, co jest ogromnym skandalem i powinno
być nagłaśniane jako news! (ja tego nie zrobiłem, choć o tym
wiedziałem, bo od wielu dni czekam na odpowiedź prokuratury w tej
sprawie)?

Dlaczego „Gazecie Wyborczej” nie zależy na wyjaśnieniu sprawy, tylko na sprzedaży prenumeraty (tekst był dostępny w sieci tylko po wykupieniu prenumeraty i mimo apelów internautów tego nie zmieniono)? Droga Gazeto, ja pracuję nad tą sprawą od roku nie pobierając za to żadnego wynagrodzenia. Ostatnie tygodnie to praca ponad siły z weryfikacją informacji, żebyście także wy mogli z tego skorzystać. Za darmo. A wy na to: kupcie naszą prenumeratę?

Dlaczego wreszcie „Gazeta Wyborcza” pisze o tym dopiero teraz, choć o sprawie wiedziała od jesieni 2018 r.? Prezentuję korespondencję z Panią Izą, oceńcie sami, komu na czym tu zależy. Pani Iza twierdzi, że o sprawie wie już dawno, ale nic nie robiła, bo czekała na zgodę ofiar. A inne ofiary? A przeprowadzenie niezależnego śledztwa dziennikarskiego? Jeśli Pani nie jest dziennikarką śledczą, dlaczego nie dała Pani tego osobom zajmującym się taką działką ze swojej redakcji? Świetnie Pani pisze, Pani Izo, tekst jest znakomity, ale tutaj nie chodzi o tekst, o laury, tylko o wyjaśnienie 40 lat krycia zorganizowanego pedofila.

Gdyby jeszcze to był jedyny przypadek, bym odpuścił. W końcu dziennikarze powinni się wspierać. Ale mur milczenia napotkałem już znacznie wcześniej, w zasadzie też na jesieni 2018, ale w mediach głównego nurtu od maja. W maju próbowałem nakłonić do zajęcia się tematem dziennikarza Oko.Press, śledczego portalu sympatyzującego ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Oto dowody.

Potem był jeszcze „Fakt” (prezentuję screeny z korespondencji)

Gdy
zapytałem znajomego dziennikarza, o co chodzi, dlaczego tak się
dzieje odparł:

- Wiesz, wszyscy się boją, że odwrócisz uwagę od pedofilii w kościele. Czas twoich publikacji jest fatalny. Wszyscy się zastanawiają w kogo to jeszcze uderzy. Trzeba było odczekać rok, może by to poszło – odparł.

Hm, poczekać rok, może by poszło... bo trzeba bardziej grillować księży i kościół? Tylko czy naprawdę o to chodzi? Czy nam w ogóle chodzi o skończenie z tolerancją dla pedofilii? Wszyscy, którym opowiadam o tej sprawie mówią: „zabiłbym”, ale przecież nie chodzi o zabijanie ludzi, tylko o uniemożliwienie kontaktu z dziećmi osobom z autorytetem, które mogą go wykorzystać do osaczenia dziecka. W każdym środowisku.

Krzysztof Sadowski, konsekwentnie zaprzecza (przez pełnomocnika i dla innych mediów), nie oddzwania do mnie, nie odbiera moich telefonów. Pani Iza nie chciała mi udostępnić maila do niego, więc cytuję za "Gazetą Wyborczą":

„Oświadczam, że nieprawdą jest, abym molestował lub zgwałcił kogokolwiek. Basię znam bardzo dobrze. Przez wiele lat wspierałem ją zarówno finansowo i rzeczowo, jak i w życiu codziennym. Przez lata była ona częstym gościem w naszym domu. Nieprawdą jest, że oferowałem jej »pieniądze za milczenie«. W 2017 roku poprosiła mnie o duże wsparcie finansowe (początkowo 200 000, potem 100 000 złotych), wyjaśniając mi, że z uwagi na swój stan zdrowia nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie i musi stanąć na nogi, a z uwagi na mój stan zdrowia (chorowałem wówczas na raka) obawia się, czy będę w stanie wspierać ją regularnie mniejszymi kwotami, co robiłem już wcześniej. Początkowo byłem skłonny spełnić jej prośbę. Ostatecznie uznałem jednak, że oczekiwania Basi są zbyt daleko idące, i odmówiłem ich spełnienia. Wpływ na to mogło mieć też to, że pokonałem chorobę i uznałem, że mogę dalej wspierać ją w dotychczasowej formie. Jednak po mojej odmowie Basia zerwała relacje ze mną.

O skierowaniu przez nią oskarżeń w stosunku do mnie o molestowanie i gwałt dowiedziałem się dopiero z artykułów w mediach w sierpniu br. Wcześniej dowiedziałem się o toczącym się postępowaniu karnym, gdyż przesłuchano w nim moją byłą żonę. Jednak nie będąc stroną ani świadkiem w tej sprawie, nie miałem wiedzy o treści zarzutów formułowanych w stosunku do mnie” - czytamy w "Gazecie Wyborczej".

W podobnym tonie wypowiada się Liliana Urbańska, żona Krzysztofa Sadowskiego:

"Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc" - powiedziała mi Liliana Urbańska na tydzień przed publikacją pierwszego tekstu na ten temat. Potem konsekwentnie w mediach utrzymywała, że to pomówienia jednej chorej psychicznie osoby.

Sprawa jest bardzo poważna, wielowątkowa i trzeba ją wyjaśnić w całości, każdy wątek. Liczę na pomoc mediów, ale pomoc uczciwą, a nie torpedowanie moich działań i śledztw. Każdy, kto chce wspomóc produkcję filmu na temat krycia pedofilii w Polsce (we wszystkich środowiskach), może to zrobić tu:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171

Wszystkie
moje teksty i filmy w tej sprawie będą zawsze dostępne w
internecie za darmo.


Horror dzieci z "Tęczy"

Jak to możliwe, że w show-biznesie przez kilkadziesiąt lat funkcjonował wpływowy, zorganizowany, przebiegły, wyrachowany i brutalny pedofil? Jak to możliwe, że przez 40 lat nikt nie postawił go przed sądem? Jak to możliwe, że tematem, który za chwilę wstrząśnie światem, będzie cytowany i omawiany przez największe telewizje, tak mało interesują się polskie media? Jak to możliwe, że wszyscy milczeli?

To chyba największa ujawniona afera pedofilska, jaka miała miejsce w Polsce, a kto wie, czy nie jedna z większych na świecie. Poszkodowanych są prawdopodobnie setki dzieci, choć tych „bardziej” na razie wysłuchałem kilkanaście. W teczce z dowodami mam 21 nazwisk. W części są to znane publicznie osoby, dlatego muszą pozostać anonimowe i nigdy nie może się to przedostać do tabloidów.

Wkrótce usłyszycie o tej ponurej historii w CNN, BBC i wszystkich innych najważniejszych telewizjach na świecie. To afera budząca skojarzenia z dramatami, o których powstają historie hollywoodzkie na faktach. O tej też powstanie, bo jest tak nieprawdopodobna i niezwykła, a jednocześnie niebywale emocjonalna i wstrząsająca. Wierzcie mi, materiał dowodowy jest tak porażający, że za kilka lat film na kanwie naszych wspólnych (bo bez was, bez internautów, nic bym nie zdziałał!) ustaleń nakręci ktoś pokroju Paolo Sorrentino, Quentina Tarantino czy Davida Finchera. Historia perwersyjnego polskiego jazzmana jest bowiem bardzo mroczna i dramatyczna.

Poniższy materiał dowodowy jest tylko częścią z zebranego do tej pory. Chciałem na razie go nie ujawniać, zebrać w całości, dokładnie zweryfikować, opracować, przekazać do prokuratury, a potem nakręcić na jego podstawie reportaż lub film dokumentalny, napisać książkę. Ponieważ jednak Krzysztof Sadowski wydał oświadczenie, w którym twierdzi, że oskarża go jedna osoba, „chora psychicznie”, przez co znów uderzył w ofiary, które straciły część wiary w jego osądzenie i sprawiedliwość po latach, to zobaczcie tę jedną osobą. Próbowałem dzwonić do Sadowskiego na dwa numery telefonu, nie odebrał. W każdej chwili zamieszczę jego odpowiedź czy też polemikę, nawet jeśli nie będzie tam prawdy, ale proszę o ustosunkowanie się do tego wszystkiego a nie twierdzenie, że jest 1 osoba "chora".

Przy czym prawdopodobnie wśród moich źródeł nie ma tych dwóch dziewczyn, które zgłosiły rok temu sprawę prokuraturze. One jeszcze do mnie pod nazwiskiem nie napisały, a ja nie znam akt ani szczegółów doniesienia (o śledztwie dowiedziałem się od żony sprawcy, gdy ją poprosiłem o komentarz do moich ustaleń). Ale do rzeczy.

Oskarżam osobę publiczną, autorytet!

Oskarżany o pedofilię jest jak już wiecie Krzysztof Sadowski, wpływowy muzyk, współtwórca programów telewizyjnych („Co jest grane” - emitowany w Polsat, „Tęczowy Music-Box” - emisja w TVP), były prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, współorganizator Jazz Jamboree, pedagog, który pracował z tysiącami dzieci, znajomy bardzo wpływowych osób w sądownictwie, polityce, środowiskach twórczych. Autorytet, osoba publiczna, co sprawia, że koniecznie trzeba ostrzec rodziców dzieci.
 Przez lata wyszukiwał ofiary wśród najmłodszych, molestował je seksualnie, głaskał, łaskotał, wkładał rękę w majtki, ściskał „za kolanko”, udo, namawiał do płatnego seksu, w końcu znajdował tak niezdolne do oporu ofiary, że rozpinał rozporek i je gwałcił. Osaczał i utrzymywał nad nimi kontrolę przez wiele lat. Ile prób było nieudanych? Ile dzieci, którym nie podobał się „zły dotyk” uznało, że nic takiego się nie stało?
Ofiary były w wieku od 10 do 15 lat. Czasem spodobała mu się jakaś siedemnastolatka. Do seksu zmuszał dziewczyny w dwóch samochodach (niebieskim i czerwonym), w piwnicy, w pokoju z pianinem, w siedzibie Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego na Chmielnej 20 (dziś siedziba Jazz Jamboree), w swoim mieszkaniu na Wiejskiej z widokiem na Sejm, w pokojach wynajmowanych na warsztaty i wycieczki z młodzieżą, internatach, bursach. Starał się wyszukiwać osamotnione dzieci z biednych lub niepełnych rodzin, ale nie były bezpieczne także te z bardzo wpływowych rodzin przyjaciół Sadowskiego i jego żony. Jedna osoba mogłaby kłamać, dwie-trzy mogłyby się zmówić, ale 21? Nieznających się, pracujących w różnych środowiskach, także bliskich Sadowskiemu osób?

Poza kobietami (dziś dorosłymi, wówczas dziećmi) zgłosiło się dwóch mężczyzn. Pierwszego molestował we wczesnych latach 80-tych po koncertach poezji śpiewanej Jana Pawła II w kościołach. Drugi był kimś bliskim (niestety chroniąc tę osobę, nie mogę napisać więcej). Obaj mężczyźni do dziś to pamiętają, mimo że są ludźmi sukcesu, dużo w życiu osiągnęli. Poza nimi zgłosiło się 19 kobiet. Część kobiet i jeden mężczyzna zgodzili się złożyć zeznania w sądzie. Chcą spojrzeć sprawcy w oczy.

Jestem osobą odpowiedzialną, wiem, jaką burzę wywołałoby podanie nazwisk osób publicznych, więc nigdy nikt ich nie pozna, niestety także prokuratura. Chroni te osoby tajemnica dziennikarska i koniec. Ale mam wystarczająco dużo relacji, by przekonać prokuraturę do zajęcia się sprawą pedofilii Sadowskiego naprawdę na poważnie, pod nadzorem prokuratora generalnego, o co niedługo zaapeluję w liście otwartym. Powinien powstać specjalny zespół śledczy do zbadania całości tej wielowątkowej sprawy, bo pojawia się w niej kontekst polityczny, finansowy, lobbystyczny, prawny, dziennikarski, a dodatkowo mamy do czynienia z osobami z pierwszych stron gazet. Sprawa jest absolutnie wyjątkowa i wymaga reakcji na najwyższych szczeblach. To kwestia też wizerunku całego naszego kraju na świecie.

Od razu uprzedzę krytyków, dlaczego nie doniosłem jeszcze do prokuratury: bo wszystkie dowody w moim posiadaniu dotyczą przestępstw przedawnionych i to nie ja jestem od stawiania zarzutów karnych. Ja jestem dziennikarzem opisującym mroczne tajemnice domu przy ulicy Raniuszka (siedzibie fundacji Tęcza, w której piwnicy dochodziło do największych zbrodni). Chcę przekazać opinii publicznej, co ustaliłem, bo osoba publiczna, autorytet, działacz społeczny nie może uznawać gwałcenia i molestowania dzieci za „sprawy prywatne”. Ta „prywata” zniszczyła życie dziesiątkom osób.
 
„Gdy przekroczyłam próg tego domu, moje życie się skończyło” - napisała do mnie jedna z informatorek.

Jestem gotów zeznawać w każdej chwili. Są osoby, które czekają na sprawiedliwość od 27 lat, kiedy wniesiono pierwsze oficjalne doniesienie w tej sprawie.

Można było zatrzymać horror w 1992 r.

Ewa Gajda miała dziesięć lat, gdy z innymi koleżankami z muzycznego zespołu „Tęcza” pojechała na wakacyjny obóz do Kielc. Na obóz pojechało co najmniej kilkanaścioro dzieci. Normą było sadzanie ich sobie na kolanach, łaskotanie i żartowanie w ten sposób przez Krzysztofa Sadowskiego. Grzeczne dziewczynki nagradzał słodyczami, pochwałami. Niby nic złego? Przecież działo się to na oczach żony.
Ale pewnego dnia Ewa została w internacie z jeszcze jedną koleżanką, a reszta zespołu pojechała na wycieczkę. Z dwoma podopiecznymi został sam Krzysztof Sadowski. Gdy Ewa wracała z sali zabaw, na korytarzu spotkała Krzysztofa Sadowskiego.
„Zaprosił mnie do swojego pokoju, położył na łóżku, a potem dotykał po całym ciele, aż włożył rękę w majtki. Kiedy rozpiął swój rozporek, krzyknęłam i uciekłam. To nie był pierwszy raz, kiedy mi się to dotykanie nie podobało. Wcześniej przytulał mnie w jaskini Raj. Byłam przerażona i chciałam jak najszybciej wrócić. Dlatego odwieziono mnie do domu przed zakończeniem obozu. Od razu powiedziałam mamie, co się stało” - opowiada po latach Ewa Gajda.
Mama 21.07.1992 r. złożyła doniesienie na policję.
„Najpierw pojechałam na nasz lokalny komisariat, ale jak usłyszeli jaka to sprawa wysłali mnie na Malczewskiego do komendy rejonowej” - opowiada mama Ewy.
Wszczęto dochodzenie. Gdyby zostało przeprowadzone profesjonalnie, dziś Krzysztof Sadowski byłby po wyroku i może nie doszłoby do tylu tragedii. Ale policja, choć przesłuchała dziewczynkę przy udziale biegłego psychologa, tak prowadziła rozmowę, że ofiara była mocno wystraszona.
„Dopytywali się o daty, kiedy coś się stało. Jak ja, dziesięciolatka, miałam pamiętać dokładnie, którego dnia to się stało? Jak dopytywali, podali jakąś datę to w końcu przytaknęłam i oni to wstawili. Ale w ogóle to były straszne osoby, ja się ich bałam” - mówi Ewa.
Pomyłka ze wskazaniem daty zdarzenia przesądziła o umorzeniu dochodzenia wobec niedostatecznych dowodów na zaistnienie przestępstwa.
„Zeznania małoletniej Ewy Gajdy nawet mimo pozytywnej ich oceny z punktu widzenia psychologicznego przez biegłą psycholog – mgr Marię Kubalską-Grodzicką – są niewystarczającym dowodem na zaistnienie przestępstwa” - czytamy w uzasadnieniu umorzenia.

- Nie pamiętam tej sprawy, ale jeśli była tylko jedna ofiara, nie było świadków, to jest to bardzo trudne do udowodnienia i większość spraw jest umarzanych. Wtedy było bardzo dużo takich spraw w tym komisariacie, dotyczyły różnych kolonii – mówi Maria Kubalska-Grodzicka.
Ewa do dziś to przeżywa, miała pretensje do mamy, że nie wykazała determinacji do ścigania sprawcy, choć ta zrobiła najwięcej ze wszystkich mam i ojców, którzy dowiedzieli się potem o molestowaniu dzieci.
- Oni mnie wprost ostrzegli, że w sądzie dziecko będzie musiało stanąć naprzeciwko sprawcy i powtórzyć zeznanie, że może być tak, że dziecku nikt nie uwierzy, a ja wiedziałam, jakie to może mieć dla Ewy konsekwencje – wspomina mama Ewy.
Obie kobiety nigdy nie zapomną tej sprawy, przyczyniła się ona do wielu ich wyborów w przyszłości.
Do dziś o tej sprawie nie może zapomnieć też Kasia, uczestniczka tego samego obozu w Kielcach. Ma wyrzuty sumienia, że nie znalazła dość odwagi, by potwierdzić zarzuty Ewy.
„Kazali mi na dorosłym człowieku pokazać, gdzie mnie dotykał, więc się wszystkiego wyparłam” - pisze Kasia. - „U mnie było tak, że najpierw brał mnie na kolana i głaskał, potem zaprosił do nocowania u nich w domu (wtedy dzieci tam często nocowały). Tam był taki mały pokoik z widokiem na ogród, z jego keyboardem i tapczanem, pracował tam. Tam mnie położył spać, usiadł na łóżku, wkładał ręce pod kołdrę i dotykał, głaskał. Dość szybko się wyrwałam jak oparzona, wyszedł. Nie zrobił mi nic przemocą - dlatego długo myślałam, że nie mam żadnych podstaw, żeby go o cokolwiek oskarżyć. Rano obudziłam się w pustym domu, była tylko ich gosposia, która zrobiła mi śniadanie i posyłała do domu. Nigdy więcej mnie nie zaprosił na nocowanie, ale były dziewczynki, które nocowały regularnie. To samo robił na obozie wyjazdowym do Kielc, kiedy pojechaliśmy na festiwal, przychodził co wieczór i dotykał nas pod kołdrą. Kompletnie nie pamiętam chronologii, czy najpierw było nocowanie czy te Kielce. Wiem, że inne dziewczynki dotykał bardziej, ja po kilku pierwszych razach od razu uciekałam z pokoju, kiedy do nas przychodził i odczekiwałam sporo czasu, nim wracałam. W porównaniu z innymi rzeczami - to mało. A ja i tak to pamiętam po 25 latach.” - relacjonuje. Do dziś co jakiś czas sprawdzała w Google, czy pojawiły się doniesienia o pedofilii Sadowskiego. Prawie wszystkie ofiary mówią to samo: „sprawdzaliśmy, kiedy w końcu pojawi się informacja >>Sadowski pedofil<<”. Żadna z nich nigdy od Sadowskiego nie chciała pieniędzy!

Po całej sprawie zespół „Tęcza” podobno się rozpadł na jakiś czas. Być może plotki dotarły do telewizji, gdyż Sadowski zniknął po 1992 r. z „Tęczowego Music-Boxu”. „Tęczę” w programie telewizyjnym zastąpiły „Chochliki”, doszło do sporu pomiędzy właścicielami praw, a Sadowski zaczął organizować koncerty muzyczne pod nazwą Tęczowy Music-Box” (był to już inny program niż ten telewizyjny), a jakiś czas później dogadał się z Polsatem na realizację formatu „Co jest grane?” „Tęcza” działała dalej. Sprawa przycichła.

Wcześniejsze przestępstwa

Według jednej z osób, która się do mnie zgłosiła, sprawca molestował już w latach siedemdziesiątych. Zbyt mało mam danych, by móc zweryfikować tę informację, dlatego nie podaję szczegółów miejsca i nazwisk zamieszanych osób – do molestowania miało dojść na działce pod Warszawą należącej do znanego sportowca, olimpijczyka, medalisty olimpijskiego. Molestowana dziewczynka miała piętnaście lat.
„Byłam dzika i narobiłam rabanu, więc zostałam tylko wymacana” - napisała kobieta.
Drugi chronologicznie (zgłoszony do mnie) przypadek to wczesne lata 80-te. Molestowany chłopiec z podstawówki, syn organizatorów koncertów poezji śpiewanej Jana Pawła II, 47-letni dziś Piotr, menedżer pracujący w dużych korporacjach głównie za granicą (USA, Szwecja). Spotkaliśmy się, opowiedział mi całe zdarzenie (opisałem je wcześniej, więc nie będę powielał, w skrócie: Sadowski przyszedł do niego w nocy do pokoju i go głaskał po miejscach intymnych), chce spojrzeć w oczy Sadowskiemu, żeby zamknąć terapię psychologiczną.
Trzeci przypadek miał miejsce w późniejszych latach 80-tych i jest najbardziej wstrząsający. Sadowski „wyszukał” sobie ofiarę w domu dziecka, 14-letnią Justynę (imię zmienione na prośbę ofiary), którą molestował i gwałcił przez trzy lata w czerwonym samochodzie, w swoim domu, w mieszkaniu na Wiejskiej. Dziewczynka skarżyła się, ale nikt nie reagował. Pani Justyna także chce zeznawać w sądzie, choć to dla niej bardzo trudne. Nagrałem wywiad z Panią Justyną, jest wyjątkowo szokujący. Znajdzie się w filmie dokumentalnym, który chcę zrobić.

„Przyprowadzał mnie do domu i gdy inne dzieci bawiły się na dole, on zabierał mnie do swojego pokoju i tam to się odbywało. Początkowo było tylko głaskanie, potem już wszystko, także gwałt” - opowiada Pani Justyna. Jest zdruzgotana, do dziś nie może tego zapomnieć. Chciała w 2016 r. złożyć doniesienie do prokuratury, zadzwoniła do Sadowskiego, ale ten odpowiedział, że może sobie składać, nikt jej nie uwierzy, gdyż jest z domu dziecka, a i tak się to przedawniło.
Sadowski być może się jednak przestraszył, bo nagle do ofiar miały się zgłaszać różne osoby z jego otoczenia, jakby próbując wyczuć, czy nie chcą donieść lub zeznawać.
„Było to bardzo dziwne, że się nagle, po tylu latach do mnie zgłosili z pytaniem: co tam słychać” - opowiada jedna z ofiar, znana osoba. Ta osoba nie zdecyduje się na złożenie zeznań w sądzie, a szkoda, bo jej relacja jest bardzo interesująca i wygląda na wyjątkowo obiektywną (pokazuje różne strony).

Ktoś w tym wszystkim popełnił błąd, bo dzięki temu ja dowiedziałem się o sprawie i zacząłem nią zajmować. Nie znałem jednak nazwiska sprawcy. Poznałem je dopiero w 2018 r.

Lawina doniesień

Dziś już wiadomo bardzo dużo o modus operandi sprawcy i jego ofiarach. Głównie dzięki internetowi, portalowi WP i serwisom plotkarskim, które nagłośniły sprawę, bo najważniejsze telewizje, także te, które korzystały z talentu gwałconych dzieci, milczały jak zaklęte. Będzie wstyd, bo sprawa na pewno zostanie nagłośniona na poziomie światowym (gwarantuję to ofiarom!).
Zaczęły się do mnie zgłaszać kolejne ofiary i świadkowie, część chce zeznawać. Wiadomo też już, że od lutego toczy się śledztwo prokuratorskie z doniesienia dwóch kobiet. Nie znam jego szczegółów, nie znam też ofiar. Napisała do mnie jednak kobieta, która zna obie dziewczyny i będzie w tej sprawie zeznawać. Jej opis jest bardzo wstrząsający, więc pomijam niektóre fragmenty (ale jaki musi być samych ofiar?):
„Nie byłam przez niego zgwałcona, ale byłam obmacywana. Ta pierwsza ofiara z domu dziecka to też jest sprawa znana w środowisku. Zaczęłam chodzić do zespołu „Tęcza”, gdy miałam 10 lat. On to wszystko robił przy ludziach, robił różne rzeczy i patrzył, czy dziecko się sprzeciwia czy nie. Wybierał, które dziecko nie ma opieki, jacy są rodzice, czy będzie im na rękę, że ktoś ich zastąpi. Brał dziewczynki na kolana, smyrał, ja nie wiem, jak to było możliwe, że to było akceptowane. Będę zeznawać w tej sprawie jako świadek. Za ofiarę się nie uważam. Owszem, to były nieprzyjemne wspomnienia, ale nie chciałam siebie widzieć jako ofiara, to jest nieprzyjemne, ale starałam się przez to przejść do porządku dziennego. Wiem, że on inne dziewczynki gwałcił. Wiem że dziewczynę (podaje imię) wykorzystywał, wtedy też to wiedziałam, ale miałyśmy po 13 lat i znikąd jakby wsparcia. Jesteśmy parę lat w zespole, nikt nie kwestionuje tego, co on robi na co dzień, więc nawet nam nie przyszło do głowy, a nawet jak nam przyszło i w pewnym momencie mówimy tej dziewczynie, że to trzeba zgłosić, co on ci robi, że dzwonimy na policję. Ona się wtedy rozpłakała i powiedziała, że nie, że ona wszystkiemu zaprzeczy, że nie przyzna się” - mówi jedna z kobiet.
„Przez wiele lat byłam w zespole Tęcza i pod opieką fundacji. Na razie poproszę o anonimowość, po powrocie jestem już umówiona z psychologiem, wtedy będę miała jasność , co dalej. Po pierwsze - dzieci NOCOWAŁY na Raniuszka. Po drugie pan Krzysztof był na naszych wszystkich wyjazdach, obozach letnich itp. Byłam w Kielcach, Nałęczowie i Czechach. Pamiętam ostatni z tych wyjazdów - miałam wtedy 11 lat. Pamiętam pod względem zachowań pana Krzysztofa. Przychodził do pokoi po zgaszeniu świateł opowiadać tzw "straszne historie" miał latarkę, podświetlał sobie nią czasem twarz, w trakcie opowiadania w "strasznych momentach", żeby niby wystraszyć nas dodatkowo wkładał ręce pod kołdry, łapał za co popadło, ja pamiętam na pewno udo... ale... jest szereg przesłanek, które każą mi sądzić, że to był rodzaj molestowania...miałam przez lata wstręt do mężczyzn w jego przedziale wiekowym, nawet do własnego ojca, nie rozmawiałam z rodzicami na ten temat, wręcz czułam się wyróżniona, kiedy brał na kolana i "łaskotał". To było jak przywilej. Jeżeli - przepraszam za wulgarność - stawał mu przy takim postępowaniu, to doskonałą miał przykrywkę - zgrywanie dobrego wujaszka. Trzęsę się od środka , kiedy to piszę, prawdopodobnie znam niektóre z tych dziewczyny. Teraz druga strona medalu: ja lata w Tęczy wspominam ogólnie jako najlepszy czas. Dzięki Tęczy zostałam muzykiem zawodowym” - pisze kobieta prosząca o anonimowość (znam imię i nazwisko oraz zawód).
Z  kolejną osobą rozmawiałem przez telefon. To osoba bardzo wiarygodna, ale niestety nie mogę w żaden sposób jej opisać, żeby zachowała bezpieczeństwo:
„Ta piwnica to nie jest taka piwnica. Dom na Raniuszki jest dwupiętrowy, jest piętro, poziom wyżej i wyjście z piwnicy na garaż. To była piwnica ze sprzętem. Tam było zimno. Dziewczynki w domu nocowały, czy w piwnicy również, nie wiem. Wydawało mi się to normalne, skoro to jest zespół. Przyjeżdżała Lilka z Krzyśkiem do nas (…) i on wtedy tak się dziwnie zachowywał. Zawsze pamiętałam, że to były łaskotki, obmacywanie, ale to były takie żarty. Jakby człowiek się nie zorientował, to by się wydawało, że to nic zdrożnego. Dopiero później mi się wydawało, że tak się nie powinien zachowywać dorosły facet. Jak byłam starsza, przestało mi się to podobać. To takie dziwne było. Był taki incydent. Byłam z mamą tam u nich, miałam ze 13 lat. Mama sobie coś grała na organach, a ja stałam sobie i patrzyłam co mama robi. On podszedł z tyłu i za mną stanął. No i nagle tak czuję, że mnie głaszcze po szyi za uchem. No ja się odwróciłam i powiedziałam: „Wiesz co, no przestań. Mi się to nie podoba.” Mamie powiedziałam, a ona: „Co ty Krzysiek robisz, przecież to jest dziewczynka, dlaczego ty ją tak głaszczesz, ty się zajmij swoją żoną.” To on się odsunął, ręce schował i mówi: o przepraszam, to takie żarty, bo ona ma takie włosy piękne do pasa, ja chciałem zobaczyć te włosy. No ale dlaczego głaszczesz po szyi? Ja sobie tego nie życzę. Stosunki pomiędzy nami się bardzo ograniczyły po tym. Któregoś dnia zaproponował, że pojedzie ze mną na bazarek. I zaproponował, że coś mi kupi. Złapał mnie za rękę i mówi, że wujek może ci więcej rzeczy kupować. Ja odpowiadam, że to fajnie wujek, że chcesz mi pomóc, na co on, że tak, tylko że w zamian powinnam się z nim przespać. Coś zdrożnego powiedział, nie pamiętam słów. Ja się oburzyłam i powiedziałam, że nie chcę, żeby się do mnie dotykał i więcej go widzieć i że wszystko mamie powiem. Poleciałam do mamy i powiedziałam, bo aż mną wstrząsnęło, obrzydzenie takie. Mówię, że mi takie propozycje składał. Mama za telefon i mówi, żeby się ode mnie odczepił, bo inaczej pójdzie na policję. Do Lilki też powiedziała, że on takie rzeczy robi, a Lilka to zbagatelizowała, no i nie jeździliśmy więcej do nich.”

Wstrząsający jest też opis muzyka, ucznia Krzysztofa Sadowskiego, który zamieścił w komentarzu pod jednym z moich tekstów opis o zdarzeniach ze swojej przeszłości (z powodu ryzyka rozpoznania osoby skrzywdzonej przez Krzysztofa Sadowskiego usunąłem opis).

Mógłbym cytować bez końca, wszystko na końcu opublikuję w książce. Jestem pewien, że opisane zdarzenia są relacjami prawdziwymi. Szczegóły się powtarzają, w tym jeden szczegół, o którym nikt nie wie poza ofiarami (nie podam go, żeby nie zepsuć śledztwa prokuratorom). To są niezwykle wiarygodne relacje i opisy.

Krycie sprawcy – całe lata zakłamania
W mojej ocenie mogę już z całą pewnością stwierdzić (a udowodnię to w filmie), że Krzysztof Sadowski był kryty zarówno przez środowisko, jak i bardzo wpływowych ludzi w Polsce. Miał wśród przyjaciół znanych reżyserów, przedsiębiorców, polityków, sędziów, adwokatów, muzyków. Oczywiście nie wszyscy musieli wiedzieć o jego patologicznych skłonnościach i go kryć, ale samo to, że miał takich znajomych mroziło z pewnością zarówno ofiary, jak i ewentualne zakusy śledczych. Pilnował, by mieć więcej przyjaciół niż wrogów. Może to jest wytłumaczenie, dlaczego przez tyle lat ta sprawa nie wypłynęła, nie stanęła na wokandzie, nie stała się przedmiotem analiz policji czy służb. A może była, tylko wpływowy pedofil jest dobrym do sterowania narzędziem? Jeśli tak, mamy bardzo niebezpiecznych przeciwników.
Weryfikuję informacje, ale z powodu dość ograniczonych możliwości pozyskiwania odpowiedzi na pytania (np. wszyscy poinformowali już o sprawie prokuratorskiej bo dostali odpowiedzi na pytania z prokuratury, a ja, choć zadałem pytania pierwszy, wciąż tych odpowiedzi nie mam) może to potrwać.
O postępowaniu Krzysztofa Sadowskiego na pewno wiedziało od dawna środowisko muzyczne i telewizyjne. Częściowo od 1992 r. a już na pewno na początku tego wieku. Jeden ze znanych muzyków przesłał mi anonim, który kolportowano po jazzmanach w okolicach 2000 r.
„kolejne skandaliczne postępowanie prezesa K. Sadowskiego na warsztatach w Puławach i w Margoninie, gdzie nawet nie kryjąc się obmacuje mlode dziewczynki, molestuje młode pianistki, kąpie się wraz z dziewczynkami w łazience w bursie dla uczniów warsztatów, wszyscy warsztatowicze o tym mówią ośmieszając w ten sposób srodowisko jazzowe, głośno i blisko zawiadomienia prokuratury było o tym już w zeszłym roku. Prezes tym jest zajęty a nie działaniem na rzecz PSJ, i nikt tu nie ponosi odpowiedzialności za decyzje podejmowane koteryjnie, a istnienie PSJ tak naprawdę nic nikomu nie daje.” - czytamy w anonimie rozsyłanym po jazzmanach.

„W ciągu ostatnich 10 lat bezskutecznie próbowałem zainteresować (tą sprawą) różne osoby m.in. 3 dziennikarzy śledczych. KS był kryty i osłaniany przez dwóch wybitnych prawników (...)” - napisał do nas jazzman.

O dziwnej zmowie milczenia przekonałem się sam. Odszedłem z dziennikarstwa prawie 10 lat temu, nie miałem ochoty wracać. Myślałem, że taki temat z pocałowaniem ręki przyjmą dziennikarze. Jakież było moje zdziwienie, gdy kolejni koledzy z różnych redakcji odmawiali albo nie reagowali na prośby o zajęcie się tą sprawą. Dlatego zdecydowałem się wrócić do dziennikarstwa, no i już pewnie tak zostanie.

Mariusz Zielke
PS.
Ten materiał powstał po ciężkiej, prawie rocznej pracy, której nie opłacała żadna redakcja. Jest za darmo. Najpierw próbowałem nagłośnić tę sprawę „pisarsko”, „literacko” - napisałem w różnej formie 4 książki, jedna z nich się ukazała. Moje teksty nie są reklamą książek, są prawdziwym, rzetelnym dziennikarstwem. Chcę zrobić film na temat krycia pedofilii w Polsce i poszukać lobby pedofilskiego, które ochrania wpływowych ludzi. Jeśli chcesz mnie wesprzeć, moje działania dziennikarskie lub film możesz dobrowolnie pomóc:

https://zrzutka.pl/pkw6ys

Możesz też wpłacać dobrowolne darowizny bezpośrednio na moje konto. Wszystko wykorzystam do zrobienia dobrego, niezależnego i bezkompromisowego dziennikarstwa:
Mariusz Zielke
84 1240 1024 1111 0000 0252 2171


Krzysztof Sadowski jest pedofilem

Wiele relacji, wyznań oraz inne dowody wskazują, że były prezes
Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, zarządzający fundacjami Tęcza oraz
Jazz Jamboree, współtwórca programów muzycznych „Tęczowy Music Box”, „Co
jest grane?”, ceniony pedagog i muzyk, jest pedofilem. Żona muzyka
odpiera, że są to wymysły „chorej psychicznie osoby”, która „rozwaliła
już życie znanemu aktorowi”. Ale ofiar jest znacznie więcej.

Pisząc pierwszy tekst na temat oskarżeń wobec znanego muzyka jazzowego
byłem pewien, że zarzuty są prawdziwe, ale bałem się, że ofiary nie
zechcą mówić oficjalnie i zeznawać. To są niezwykle trudne sprawy,
wychodzą zwykle po wielu latach, są przedawnione karnie, nie mam prawa
żądać od nikogo przechodzenia przez tę traumę po raz drugi. W interesie
społecznym jest jednak ujawnienie faktów, żeby chronić potencjalne
ofiary (nie tylko tego sprawcy). Musimy rozmawiać o tym, jakie procedury
pracy z dziećmi wprowadzić, by uchronić je od molestowania. Konieczne
jest także zniesienie przedawnienia przestępstw pedofilii, bo one zawsze
wychodzą po wielu latach.
Moja pewność co do wiarygodności „oskarżeń” wynikała z tego, że znam
jedną z ofiar i jestem pewien, że nie kłamie (tym bardziej, że
zabraniała mi zajmować się tą sprawą, nie chciała nic z niej uzyskać, na
pewno nie szantażowała sprawcy, nie chce go już więcej nigdy widzieć),
słyszałem także nagranie, na którym muzyk przyznaje się do molestowania.
Widziałem ponadto dowody, że proponował ogromne pieniądze za milczenie
(200 tys. zł). Oczywiście mogły być zmanipulowane, ale wobec wielu
innych poszlak i dowodów, które zbierałem od około roku, trudno było
przejść obok tych zarzutów obojętnie, tak jak wiele innych osób
przechodziło przez 40 lat. To aż trudno zrozumieć.
Wiedziałem o trzech ofiarach. Miały być molestowane i gwałcone m.in. w
piwnicy domu Krzysztofa Sadowskiego, w jego samochodzie, w gabinecie
prezesa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, w  mieszkaniu „w pobliżu
Sejmu”, na wyjazdach i warsztatach dla dzieci. Relacje, co Krzysztof
Sadowski z tymi dziećmi robił, nie nadają się do umieszczenia w
Intertnecie, są niebywale wstrząsające. Trudno, żeby kobiety coś takiego
zmyśliły i to w takiej ilości.

„On starał się dobierać ofiary z rozbitych domów, z domów dziecka, z
przejściami, którym mógł coś załatwić, nie zawsze od razu molestował,
przygotowywał dziewczynki do inicjacji, a potem przez wiele lat
sprawował nad nimi kontrolę: załatwiał pracę, dawał pieniądze, płacił za
różne rzeczy, żeby dziewczyny były od niego uzależnione, żeby nie mogły
powiedzieć prawdy” - mówiła mi jedna z ofiar.

Dziś wiem o wielu innych przypadkach. Dodatkowo mam bardzo dużo sygnałów
o tym, że środowisko kryło patologiczne skłonności i zachowania swojego
przyjaciela. Są też doniesienia, że w latach 90-tych rodzice
krzywdzonych dzieci wymusili prowadzenie śledztwa, ale zostało ono źle
przeprowadzone i winy wówczas nie udowodniono.

„Pamiętam jak w latach 90-tych kilka mam dzieci z Tęczy chciało go
zgłosić, było jakieś dochodzenie. Koszmarnie to przeprowadzano. Kazali
mi pokazać na dorosłym człowieku gdzie on mnie dotykał. Ja, dziecko,
miałam dotykać dorosłego człowieka tak jak on to robił. Przecież
oczywiste że się wyparłam i zaprzeczyłam. Spaliłabym się ze  wstydu,
żeby coś takiego zrobić. I wtedy to upadło. Naprawdę trudno mi uporać
się z tymi emocjami, które teraz mam” - relacjonuje jedna z dziewczynek
(imię i nazwisko do mojej wiadomości)

„Pana Sadowskiego poznałam jako dziecko, kiedy przyjechał na dziecięce
warsztaty jazzowe w Margoninie. Pojawiał się tam jako "wizytator" z
ramienia PSJ. CAŁE środowisko muzyczne, jazzowe, wiedziało kto to jest i
co robi. Wychowawcy i opiekunowie, kiedy tylko on się pojawiał na
horyzoncie zabraniali nam chodzić z nim samemu, zostawać z nim samym,
rozmawiać, zbliżać się. Kazali bardzo uważać. Uczulali starsze dzieci na
to, żeby uważali na młodsze. Byłam przerażona. Widziałam co próbował
robić. Ale opiekunowie zawsze reagowali. Biegali wtedy wokół nas. Albo
coś się tam wcześniej wydarzyło albo ktoś ich uprzedził.
O tym wiadomo było od dawna. To nie była żadna tajemnica. Dziwię się tylko że to dopiero teraz wypłynęło.
Przyznam, że kilka lat temu szukałam jakiś informacji o tym, czy ma
postawione jakieś zarzuty. Był to pedofil, o którego istnieniu i
skłonnościach wiedzieli wszyscy. Ale były to czasy kiedy ten temat nie
funkcjonował nigdzie. Nie mówiło się o tym. Jestem wdzięczna opiekunom,
że pilnowali jego i nas. Że zwracali uwagę na to, żeby nie zabrał żadnej
dziewczynki samej, choć widziałam ze próbował wielokrotnie. Nie wiem
czy kogoś skrzywdził. Wiem że wszystkie dzieci się go bały” - napisała
do mnie informatorka (nie anonimowo).

To początek wielkiego dziennikarskiego śledztwa w sprawie pedofilii i
molestowania w środowiskach artystycznych. Nie odpuszczę tego tematu.

Według moich informacji i relacji ofiar, Krzysztof Sadowski molestował nie tylko dziewczynki, ale też chłopców.

„Było to na początku lat osiemdziesiątych, byłem w podstawówce, nie
pamiętam w której dokładnie klasie, ale raczej w klasach niższych. Moi
rodzice organizowali wieczory artystyczne, w tym śpiewanie poezji Jana
Pawła II w kościołach. Występowało na nich wielu znakomitych aktorów i
muzyków, w tym Krzysztof Sadowski, który chyba grał na organach. Po
koncertach księża organizowali przyjęcia i kolacje. Pewnego dnia rodzice
wraz z aktorami i muzykami poszli na takie przyjęcie, a pan Sadowski
został ze mną
tam, gdzie spaliśmy (nie pamiętam dokładnie jaka to była kwatera). W
nocy wślizgnął się do mojego pokoju i zaczął mnie głaskać w miejscach
intymnych. Zmroziło mnie. Nie byłem w stanie się poruszyć czy
zaprotestować. Szeptał coś do mnie i mnie dotykał. Był to typowy
scenariusz, mówił ze będzie to nasza tajemnica i że mam nikomu nie
mówić. Czekałem, nie będąc się w stanie ruszyć, aż wyjdzie. Nie zgwałcił
mnie. W moim przypadku zadziałał bardzo silny mechanizm wyparcia.
Właściwie nie myślałem o tym a
wspomnienie tego podłego aktu przemocy wobec mnie było schowane przez
mój mózg bardzo głęboko. Jestem normalny, mam udane życie zawodowe i
rodzinne. Nie powiedziałem tego nikomu, przez lata tkwiło to głęboko
ukryte we mnie. Aż przypomniało mi się, gdy zobaczyłem w telewizji
występ córki pana Sadowskiego. Wtedy to wróciło, bo nazwisko wciąż
pamiętałem. W końcu udałem się na terapię do psychologa i ona się
zorientowała, że coś ukrywam. Wyciągnęła to ode mnie, a kiedy
powiedziałem, że chodzi o pana Sadowskiego, pani psycholog stwierdziła,
że słyszała, iż jest to tzw tajemnica poliszynela w środowisku.
Próbowałem go odnaleźć by finalnie zamknąć ten rozdział konfrontując się
z nim twarzą w twarz – nie udało mi się go znaleźć, ale dziś spróbuję
jeszcze raz. Będzie to ostatni krok po zakończonej terapii. Jestem gotów
do konfrontacji i do potwierdzenia tego w sądzie” - mówi 47-letni Piotr
(podał pełne nazwisko), wysokiej klasy menedżer pracujący przez
kilkanaście lat w zagranicznych korporacjach.

„Ja do tego skurczybyka zadzwoniłam trzy lata temu, powiedziałam mu, że
chcę to zgłosić, a on na to, że mogę to zrobić, bo i tak nikt mi nie
uwierzy, bo ja jestem z domu dziecka. Nie wiedziałam, że były inne.
Miałam czternaście lat jak mnie wyłowił na lekcjach chóru,
przygotowywał, a potem przez cztery lata molestował. To było w latach
osiemdziesiątych. Zabierał mnie na wyjazdy, miał kawalerkę naprzeciwko
Sejmu, do seksu zmuszał mnie też w czerwonym samochodzie. Nie spałam
całą noc, jak przeczytałam tekst w internecie” - mówi kolejna ofiara
(nazwisko i imię znane, jest gotowa zeznawać)

„Byłam w zespole Tęcza. Dziś mam 37 lat. Co jakiś czas wracały do mnie
myśli o tym, co się działo w Tęczy. Kilka miesięcy temu napisałam do
(...) z prośbą o poradę. Choć nie wyjawiłam jej nazwiska, ona sama się
domyśliła, o kim mówię i wspierała mnie, żebym się odważyła o tym
powiedzieć. Wtedy zrezygnowałam z odzywania się, bo nie mam kontaktu z
nikim z Tęczy i bałam się, że w mój pojedynczy głos nikt nie uwierzy.
Dziś zobaczyłam, że pan o tym napisał i ścisnęło mi się serce, tętno mi
skończyło. Boże. Dziękuję. Wrzucam ten skrin, żeby wiedział Pan, że
mówię prawdę. Wszystko się we mnie trzęsie, jestem bardzo szczęśliwa” -
dodaje kobieta, którą cytowałem wyżej (we fragmencie o rzekomym
dochodzeniu policji).

„Nie wiem co napisać, ale gdy przeczytałam nagłówek, wiedziałam o kogo
chodzi. Pana Sadowskiego poznałam podczas Old Jazz Meeting, jego
zachowanie wobec mnie jako małej dziewczynki było bardzo niestosowne, na
szczęście nie doszło do rzeczy, z którymi trudno mi byłoby się uporać,
ale czułam przez te lata, że nie byłam jedyna, nie wierzę że nikt
dookoła nie wiedział (…) Szkoda, że sprawiedliwość przyjdzie tak późno,
kiedy to bardzo stary człowiek. Proszę sobie wyobrazić, że co kilka lat
sprawdzałam w internecie jego nazwisko, czy ten temat wybił, doczekałam
się i dziękuję!” - twierdzi kolejna kobieta (także napisała do mnie
podając imię i nazwisko).

„Poznałam Pana Krzysztofa i widywałam co roku przez lata , na festiwalu
jazzowym, jaki organizował.  Uczyłam się wtedy w szkole muzycznej, był
dla mnie guru. Widywałam go co roku na festiwalu, który odbywał się ( i
odbywa do tej pory ) w moim rodzinnym mieście. Czekałam na każdy
sierpień, kiedy do Iławy na festiwal przyjeżdżała cala jazzowa
śmietanka. Było absolutnie fantastycznie. Spędzałam cały festiwal,
łącznie z próbami, gapiąc się i słuchając - kocham jazz. K.S. chyba mnie
zaczepił - sama w życiu bym tego nie zrobiła - wywiązała się rozmowa,
że uczę się w szkole muzycznej, kocham jazz, chciałabym się uczyć - dał
mi wizytówkę. Zapraszał do Puław na jakieś warsztaty. Mieliśmy chyba
chwilę kontakt tel. Miałam ok.14 lat. Facet około 50tki nie zaczepia
14latki, która jest dla niego obca. Nie smsuje. Było w tym coś dziwnego.
Podtekst. Marzyłam, żeby się uczyć i jechać do tych Puław, ale już
wtedy było to dla mnie podszyte dwuznacznością i nie powiedziałam nawet
mamie, choć dałabym się pokroić za ten jazz. MIALAM 14 LAT I BYLO TO 20
LAT TEMU. JESLI WTEDY CZYULAM JAKIS PODTEKST - A BYLAM TOTALNYM
DZIECIAKIEM - NIE JEST TO BEZ ZNACZENIA” - napisała do mnie inna
kobieta.

„Jako nastolatka uczyłam się śpiewu min. u Elżbiety Zapendowskiej.
Brałam udział w różnych konkursach i festiwalach. W wieku 17 lat 
pojechałam jako uczestnik na festiwal piosenki w Kołobrzegu, gdzie w
jury konkursu zasiadał Krzysztof Sadowski. Po konkursie podszedł do mnie
Pan Sadowski i pogratulował mojego występu i zaproponował, że pomoże mi
w „karierze muzycznej”. Jako nastolatka, która za wszelką cenę chciała
śpiewać bardzo byłam wtedy podekscytowana i dowartościowana. Pan
Sadowski wziął ode mnie mój nr telefonu. Zadzwonił po jakimś czasie i
zaprosił na jazz jamboree ( festiwal odbywał się w sali kongresowej).
Pan Sadowski powiedział też, że warto chodzić na takie koncerty bo to
bardzo rozwija muzyków. Koncert zrobił na mnie bardzo duże wrażenie.
Siedziałam w pierwszych miejscach ( gdzie dla mnie było to nierealne
marzenie do tej pory). Po koncercie szybko wróciłam do domu. Tego
wieczoru Pan Sadowski do mnie dzwonił pytał dlaczego tak szybko
uciekłam?  Wiec odpowiedziałam mu, że mieszkam w Pruszkowie i musiałam
zdążyć na pociąg. Po jakimś czasie Pan Sadowski ponownie zadzwonił i
powiedział, że zna zespół muzyczny, który szuka wokalistki i że będzie
ten zespół występował w klubie Harenda. Ponownie się bardzo ucieszyłam.
Spotkałam się z Panem Sadowskim pod Pałacem Kultury- przyjechał po mnie
srebrnym samochodem. Jadąc ten krótki odcinek drogi spod Pałacu Kultury
do Harendy Pan Sadowski złapał mnie za rękę. Pamiętam, że szybko
zabrałam rękę ale on zaczął się do mnie „dobierać”. Ja protestowałam ale
nie wiedziałam w sumie jak się zachować to była strasznie niezręczna
sytuacja. Kiedy dojechaliśmy do Harendy Pan Sadowski przedstawił mnie
osobie o imieniu Marysia - mówiąc, ze Marysia jest zdeklarowanym gejem (
to było dziwne). Kiedy zapytałam gdzie jest ten zespół muzyczny Pan
Sadowski odpowiedział, że dzisiaj nie występują ( coś w tym stylu).
Szybko wyślizgnęłam się z klubu i pojechałam do domu. Po jakimś czasie
Pan Sadowski zadzwonił do mnie ponownie z pytaniem wprost- Jak mi się
podoba taki Pan jak on. Ja odpowiedziałam, że nie jestem zainteresowana,
że mnie interesuje tylko śpiewanie i nic więcej. Dzwonił chyba jeszcze
raz… I po tym nastała cisza. To wspomnienie jest po prostu niesmaczne bo
on był wtedy po prostu stary i przez to, że miał wpływy w świecie
muzycznym myślałam, miałam nadzieję, że mi pomoże w karierze
muzycznej:)… I w sumie przez to wydarzenie szybko odwidział mi się
showbiznes:)” - relacjonuje kolejna kobieta (także napisała do mnie
podając imię i nazwisko.

„Nie znamy się, ale chciałbym Panu życzyć powodzenia w tej sprawie z
Krzysztofem Sadowskim. Jedna z jego ofiar to moja dawna dziewczyna.
Wszystko mi opowiedziała przed laty. Bała się, że nikt jej nie uwierzy.
Prawdopodobnie powiedziała tylko mi. Nie chciała składać sprawy do sądu,
nie chciała więcej przechodzić przez to piekło i konfrontować się ze
sprawcą. Krzysztof Sadowski był jednym z moich pierwszych nauczycieli
fortepianu jazzowego. Byłem w szoku, że coś takiego zrobił. Od lat nie
mam z nim żadnych kontaktów, nie chcę znać człowieka. Jest świetnym
pedagogiem, ale dla mnie jako człowiek po prostu nie istnieje. Chciałbym
Panu podziękować za zajęcie się sprawą, życzę mnóstwo siły i otwartości
ludzi, którzy jakkolwiek mogliby Panu pomóc w dojściu do pomyślnego
finału. Życzę powodzenia raz jeszcze” - napisał mężczyzna, także podając
imię i nazwisko.

To tylko część tego, co do mnie trafiło. Weryfikuję i zbieram kolejne
informacje. Jak sądzicie, te opowieści są zmyślone? Nagrania, próby
przekupstwa także? Będę sukcesywnie publikował w kolejnych materiałach.
Wciąż czekam i liczę na odzew ofiar.

Z panem Krzysztofem Sadowskim nie kontaktowałem się z powodu jego
choroby (na prośbę Liliany Urbańskiej, żony muzyka, także artystki i
piosenkarki). Pani Liliana jest przekonana, że wszystko to jest spisek
jednej kobiety. Ja tej osoby nie znam, nigdy z nią nie rozmawiałem, nie
znam jej relacji (byłbym wdzięczny za kontakt).

„Byłam na policji w tej sprawie. Jestem zdziwiona tą sprawą. Dziewczyna
ma fatalną opinię, rozbiła małżeństwo znanego aktora. To chora
psychicznie osoba. Zażądała astronomicznych sum. Mąż dla świętego
spokoju mówił "tak, tak, tak". Pomagał jej, dawał jej pieniądze na
psychiatrę. Próbowaliśmy jej pomagać, załatwialiśmy jej pracę, ale teraz
nie wiem, co się z nią dzieje” – powiedziała Urbańska Wirtualnej
Polsce.

Mnie pani Liliana mówiła podobnie, ale zapewniała też, że żadne
dziewczynki nie spały u nich w domu. Tymczasem już przy pierwszym
kontakcie z członkinią zespołu Tęcza usłyszałem, że ona i inne
dziewczynki wielokrotnie tam sypiały. Przy czym ta kobieta twierdzi, że o
zarzutach nic nie wiedziała, nigdy niczego nie podejrzewała, pan
Sadowski zachowywał się wobec niej nienagannie.

„Nic nigdy mi nie zrobił ani nie próbował” - twierdzi. - „A spałam u jego córki wielokrotnie.”

„Akurat współpracowałam z nim kilka lat (muzycznie) i nigdy nie
zauważyłam, żeby kogoś molestował. Był wciąż zajęty, bo miał dużo pracy.
Nie wierzę w to. Ktoś chce go zniszczyć.” - napisała na FB jedna z 
współpracownic Krzysztofa Sadowskiego.

Poprosiłem o komentarz do tej sprawy Alicję Bachledę-Curuś, której
teledysk z Tęczowego Music Box krąży w sieci z komentarzami, że jest
zbyt odważny dla nastolatki. Menedżer aktorki poinformował, że dostała
pytania, nie mam odpowiedzi. Wiele osób podsyła mi teledyski z
nagraniami dziewczynek sugerując, że sceny tam zarejestrowane są zbyt
odważne. Nie oceniam tego.

Dostaję też mnóstwo sygnałów, że na korytarzach TVP zachowania
Krzysztofa Sadowskiego były znane. Może to tylko plotki. Staram się je
zweryfikować.

Nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi na pytania od TVP i Polsatu.

„W TVP nie ma tolerancji dla jakichkolwiek przejawów łamania prawa.
Jeżeli Spółka posiadałaby jakiekolwiek informacje o możliwości
popełnienia przestępstwa natychmiast zostałyby one przekazane stosownym
organom” - pojawiło się za to na Pudelku.

Ciągle weryfikuję i badam sprawę. Nie zostawię jej i postaram się
doprowadzić do jej wyjaśnienia. Jest jeszcze bardzo dużo wątków do
zbadania, nie tylko dotyczących molestowania. Wkrótce więcej.

Mariusz Zielke

PS
Bardzo proszę, żeby nie winić za zachowanie sprawcy dzieci. Nikt nie powinien odpowiadać za czyny ojca.

Info: screen pochodzi z kanału "Kultowe Programy TV" na Youtube


Afera pedofilska przy produkcjach dla TVP i Polsatu

Podczas realizacji muzycznych programów dziecięcych dla dwóch największych stacji telewizyjnych w Polsce przez wiele lat dochodziło do aktów pedofilii i molestowania dziewczynek – twierdzą po latach uczestniczki. Trudno oszacować liczbę ofiar, może być ich bardzo dużo.

Telewizje mają narzędzia, żeby skutecznie i rzetelnie wyjaśnić sprawę. Wtedy dowiemy się, czy ofiary mówią prawdę i czy jest ich więcej.

Ofiary twierdzą, że przypadki pedofilii miały miejsce przy realizacji programów "Tęczowy Music Box" (był emitowany w TVP) i "Co jest grane?" (emisja w Polsacie) oraz przy organizacji wielu koncertów i występów zespołu muzycznego "Tęcza". Dziewczynki miały być też gwałcone w siedzibie fundacji finansującej działania zespołu i wspierającej dzieci uzdolnione muzycznie, domu znanego artysty (gdzie miały być zamykane na noc w piwnicy), w samochodzie sprawcy oraz siedzibie jednego z najważniejszych polskich stowarzyszeń muzycznych.

"Słyszałam o tych zarzutach, ale nie przypuszczałam... trudno mi je zrozumieć. Dlaczego dzieci nie zgłaszały tego rodzicom? Nie miałam żadnych sygnałów. Ja mogę tylko powiedzieć, że niczego nie dostrzegłam, nie zauważyłam żadnych symptomów. Nie wierzę w te oskarżenia. Zaprzeczam też stanowczo, że mogło dochodzić do tego w siedzibie fundacji, nikt nie zamykał dzieci w piwnicy. Przewijało się tu setki dzieci, ale nigdy nie zostawały na noc" - usłyszałem od osoby zarządzającej fundacją.

Według moich informacji są co najmniej trzy ofiary. Dwie zdecydowały się zeznawać, trzecia odmawia, mimo moich usilnych próśb, by zgłosiła się do prokuratury. Skala może być znacznie większa, gdyż oskarżany artysta pracował z setkami dzieci. Jeśli więc kobiety oskarżające mężczyznę nie kłamią (a jest to niezwykle mało prawdopodobne), możemy mieć do czynienia z największą aferą pedofilską w środowisku artystycznym w Polsce. Dowody na winę sprawcy widziałem osobiście i moim zdaniem są niepodważalne, dodatkowo niezwykle wstrząsające. To nie tylko wyznania ofiar, ale też nagrania. Staram się zbadać całą sprawę, próbowałem namówić do tego innych dziennikarzy, ale niestety bez skutku.

Oskarżany to osoba bardzo znana w show-biznesie, muzyk dużej klasy, wpływowy i rozpoznawalny także na świecie. Ujawnienie jego nazwiska będzie szokiem dla całego środowiska oraz zatrudniających go stacji i instytucji. W części przypadków osoby dorosłe wiedziały, że „coś nie tak” było w relacjach ww. autorytetu z dziećmi, jednak na to nie reagowano. Próbuję ustalić, czy do telewizji zgłaszano doniesienia o molestowaniu, czy docierały sygnały o możliwych nadużyciach, czy władze stacji mogły jakoś na to zareagować.

Według wyznań ofiar, przestępca był wyjątkowo przebiegły i dobrze zorganizowany. Na swoje cele wybierał osamotnione i zagubione dziewczynki z niepełnych rodzin, zyskiwał zaufanie rodziców, osaczał dzieci i dopiero potem dopuszczał się czynów zabronionych, molestując dziewczynki przez wiele lat, a potem utrzymując nad nimi kontrolę, pomagając w karierze lub przekupując, żeby nie zgłaszały przestępstw.

Według moich informacji, od dłuższego czasu próbuje w panice przekonać ofiary do milczenia, oferując im nawet po kilkaset tysięcy złotych w zamian za podpisanie zobowiązań o poufności.

Wszystkie
ofiary zostały potwornie skrzywdzone, przeżywają traumę i choć
to nie one są winne, tak właśnie się czują. Jedna z nich została
luksusową damą do towarzystwa, ma ogromne problemy psychologiczne.
Zgłosiła się do mnie jako do ghostwritera, opowiadając swoją
historię, ale absolutnie zabraniając ujawnienia personaliów jej,
klientów czy omawianego pedofila.

Przez ponad rok próbowałem zainteresować tym tematem dziennikarzy i wydawców. Niestety z kolejnych wydawnictw odchodziłem z kwitkiem. Wszyscy radzili mi, żebym sobie odpuścił, żebym nie wkładał kija w mrowisko, bo sobie zaszkodzę. Nikt mi nie chciał pomóc.

Nie mogłem jednak tego tematu odpuścić. Uważam, że takie rzeczy trzeba nagłaśniać, żeby dać szansę innym potencjalnym ofiarom na zgłoszenie sprawy. Ofiary nie wiedząc o sobie, myślą, że są jedyne, czują się winne, nie zdają sobie sprawy z możliwej dużej skali zjawiska. Nie da się tego zbadać bez rzetelnego śledztwa i nagłośnienia sprawy. Dlatego spisałem tę historię w kilku wersjach, licząc na to, że inne ofiary pedofila się ujawnią. Tak powstała książka „Bejbi, historia dziewczyny klasy premium”, w której pierwsza część poświęcona jest molestowaniu bohaterki przez opiekuna-artystę zwanego Koneserem. Napisałem go tak, żeby żadna osoba postronna nie była w stanie rozpoznać sprawcy (celowo robiąc kilka przekłamań), ale żeby był rozpoznawalny dla ofiar. Liczyłem, że może dzięki temu odważą się opowiedzieć o przestępstwach, zgłoszą je do mnie lub prokuratury. Myślałem, że taki projekt zainteresuje wydawców, że zrozumieją jego społeczny wymiar. Niestety bardzo się pomyliłem. Książka miała zostać wydana wiosną przez duże wydawnictwo, ale w ostatniej chwili oficyna się wycofała twierdząc, że nie stać jej na ryzyko procesów.

Szukałem nowego wydawcy, w końcu udało się doprowadzić do publikacji, książka dostępna jest w księgarniach i mam nadzieję, że wywoła efekt zainteresowania procederem wykorzystywania kobiet przy negocjacjach biznesowych oraz pedofilii przy realizacji programów z dziećmi.

Temat jest bardzo trudny, bo bez zgody ofiar nie mogę ujawnić szczegółów. To jest podobna sytuacja, jaka miała miejsce przy sprawie molestowania w telewizji przez znanego prezentera. Trudniejsza, bo chodzi o dzieci oraz zdecydowanie bardziej drastyczna.

W trakcie prac nad tą książką zupełnie przypadkiem trafiłem na doniesienia o innych możliwych przestępstwach pedofilii wśród artystów, w tym o płaceniu ogromnych pieniędzy za milczenie, stąd nabrałem pewności, że nie mogę tego tak zostawić. Dziewczyny (i chłopcy), podejrzewam, że jest Was znacznie więcej. Zacznijcie o tym mówić, nie pozwólcie, by sprawcy czuli się bezkarni, dziś, po świetnej pracy Tomka Sekielskiego i jego „Tylko nie mów nikomu” da się wyjaśnić każdą taką sprawę. Zapewniam pełną anonimowość i bezpieczeństwo, jeśli zdecydujecie się ze mną porozmawiać. To nie wy jesteście winne tylko sprawca!

Nazywam się Mariusz Zielke i jestem autorem książek opartych na faktach, czasem piszę też książki dla innych jako ghostwriter. Stąd przychodzą do mnie różni ludzie i opowiadają swoje niezwykłe historie. Czasem trudno w nie uwierzyć, ale ja potrafię ocenić dowody i wiarygodność osób i akurat w tym przypadku mam 100-proc. pewności, że zarzuty w stosunku do pedofila są prawdziwe. Kładę na szali całą swoją reputację. Przez kilkanaście lat byłem dziennikarzem śledczym. Trzy razy nominowano mnie do Grand Press. Zdobyłem tę nagrodę w 2005 r. Nigdy nie musiałem prostować istotnych informacji i przepraszać za swoje teksty, a napisałem ich kilka tysięcy. To ja pierwszy pisałem o podejrzeniach wobec największego złapanego polskiego łapówkarza Andrzeja M. (złapanego po kilku latach od mojego pierwszego tekstu) oraz o zmowach funduszy emerytalnych i wyprowadzaniu ogromnych pieniędzy emerytów przez grupy przestępcze. Tekstów o ustawionych przetargach nie zliczycie. Za prawdziwe publikacje o Panu Marku Falencie wytoczono mi 5 procesów, wszystkie prawomocnie wygrałem. Wszystkie stawiane przeze mnie publicznie zarzuty się potwierdziły. Kiedy zatrudniająca mnie gazeta nie chciała już publikować moich tekstów, bo nie podobały się reklamodawcom, założyłem gazetę w internecie i doprowadziłem do jej nominowania do Grand Press. Niestety nikt nie chciał się reklamować w gazecie publikującej materiały śledcze o nieprawidłowościach władzy.

Moje książki próbowano blokować. W przypadku powieści „Dla niej wszystko” miałem przez rok zakaz sądowy publikacji i wypowiadania się na ten temat, potem sąd uchylił zakaz, sprawę o możliwość publikacji teoretycznie więc wygrałem (tyle że książki i tak nie mogę opublikować).

Obiecuję, że sprawę pedofilii też doprowadzę do końca i wyjaśnię. Nawet, jeśli wszyscy będą przeciw. Liczę na to, że po tym tekście ofiary się ze mną skontaktują. Być może są to dziś bardzo znane gwiazdy polskiej sceny muzycznej i filmowej.

Dlaczego nie publikuję nazwiska oskarżanego muzyka? Po części to wyjaśniłem: nie mam zgody ofiar. Ponadto, mimo mojej pewności co do niepodważalności dowodów, druga strona ma prawo do obrony, a ja zawsze dopuszczam możliwość spisku czy pomyłki, staram się rzetelnie wszystko wyjaśnić.

Rozmawiałem z żoną oskarżanego mężczyzny. Jest zszokowana całą aferą i przerażona. Obawia się, że te zarzuty ich oboje zabiją (to osoby wiekowe, muzyk jest ciężko chory). Broni męża, twierdząc, że padł ofiarą szantażu, a ofiara zmyśla (nie wie, że jest więcej ofiar, w tekście, który mam nadzieję opublikować niedługo – już z nazwiskami – wyjaśnię dlaczego, moim zdaniem, żona sprawcy się myli i to nie jest żaden szantaż i zmyślenia, tylko ujawnienie faktów).

Muszę mieć jednak absolutną pewność, że nikogo niesłusznie nie skrzywdzę. Liczę też na odzew dziś dorosłych osób, które w dzieciństwie być może padły ofiarą tego człowieka (a może chcą się za nim wstawić i zaświadczyć o niewinności, wszystkich, którzy chcieliby zabrać głos w tej sprawie, proszę o kontakt, zapewniam anonimowość i uczciwe podejście).

Wszystko opublikuję rzetelnie i jeśli się pomyliłem, przyznam się do błędu i przeproszę. To trudny temat, łatwo popełnić pomyłkę, która może mieć nieodwracalne skutki. Wciąż badam sprawę. Najtrudniejszą, z jaką się mierzyłem.

Telewizja Polska i Polsat otrzymały szczegółowe pytania w tej sprawie kilka dni temu. Do dziś nie mam odpowiedzi. Opublikuję je zaraz po uzyskaniu.

Ofiary i wszystkie osoby, które mogą pomóc w wyjaśnieniu sprawy proszę o kontakt na mariusz.zielke@gmail.com Podkreślam, że chętnie porozmawiam z osobami, które uważają, że sprawca jest niewinny. Nie zamierzam pisać artykułów pod ustaloną tezę. Są oskarżenia, trzeba je po prostu wyjaśnić. Jeśli to pomówienia, także powinny być napiętnowane publicznie. Nie wolno pozwalać na zamiatanie takich spraw pod dywan, udawać, że one nas nie dotyczą.

Mariusz Zielke

info: screeny przy artykule pochodzą z kanału Kultowe Programy TV